Wpis nie dotyczy bezpośrednio piwa, ale piwo jest tutaj swoistym sokołem noweli. Gdyby nie piwo, tematu mogłoby nie być. Możesz mówić do mnie „menelu”, bo chyba nim zostałem. Poprzez dotyk.

Na pierwszym planie moich zainteresowań jest obecnie piwo. Za to sposobem na odstresowanie, wyciszenie czy po prostu relaks jest dla mnie jazda rowerem. Te rzeczy można doskonale połączyć, oczywiście nie poprzez poruszenie się rowerem po wypiciu piwa. Ponieważ często piję trudno dostępne trunki, żeby je zdobyć muszę czasami przejechać z pół miasta. Tak było np. z promocją Portera Łódzkiego w marketach Aldi (choć tutaj istotną rolę grała akurat cena, nie dostępność).

Podobnie sprawa wyglądała w poniedziałek. Jeśli ktoś śledzi rynek piwa, wie, że Grupa Żywiec postanowiła wypuścić rewolucyjny produkt – American Pale Ale. Jest to nie lada wydarzenie w polskim piwowarstwie. Piwosze są zainteresowani jak wypadła ta reakcja koncernu na piwną rewolucję. Także i ja jestem bardzo ciekawy, co z tego wyszło, a że akurat miałem ogromną chęć pojeździć rowerem – wyruszyłem w miasto.

Tak najbardziej w tym wszystkim jarało mnie to, że mam jakiś powód by pojeździć po coś. Zdobycie tego czegoś nie było jakieś ważne, finalnie i tak tego nie dokonałem. „Po co łapać króliczka, skoro tak przyjemnie się go goni” – jak nawinął Łona. W czasie swoich wojaży spotkała mnie pewna sytuacja, która jest przyczyną napisania tego wpisu.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=t5cQIvwQ2gI]

Stojąc na światłach przy skrzyżowaniu, które jest aktualnie w remoncie, zauważyłem – trzeba nazywać rzeczy po imieniu – żula. Żul ten przechodził na czerwonym świetle przez ulicę. Na remontowanym skrzyżowaniu usunięto grubą warstwę asfaltu, co skutkowało tym, że wysokość między krawężnikiem a bezasfaltową częścią ulicy była bardzo duża. Żul był nieco powyginany i dość niski. Nic dziwnego, że przewrócił się, próbując postawić nogę na krawężniku. Upadł na kamienie i głośno jęknął z bólu.

Źródło zdjęcia: miastokolobrzeg.pl

Źródło zdjęcia: miastokolobrzeg.pl

W tej sytuacji bezwarunkowo odstawiłem rower, aby pomóc poszkodowanemu. Obok mnie na światłach stała jeszcze jedna pani, która spojrzała krzywo na żula i odsunęła się, gdy ten upadł. Szybko zbliżyłem się do człowieka i podałem mu rękę. Pani natomiast powiedziała do mnie protekcjonalnie „Niech pan go zostawi, to lump, może mieć wszy”. Olałem to. Podałem rękę kloszardowi i podniosłem, mówiąc, żeby starał się już nie przewracać. Podziękował, oparł się o znak drogowy i próbował doprowadzić się do porządku.

Pani spojrzała na mnie z pogardą, dodając „Trzeba było chociaż założyć rękawiczkę”. Żałuję, że to przemilczałem. Zostałem tak wychowany, że pomoc innym bez względu na to, czy ktoś jest prawnikiem, przedsiębiorcą, bezrobotnym czy „lumpem”. Bardzo mi przykro, że to co dla mnie jest oczywiste, dla innych jest czymś niegodnym.

Pani na koniec obdarzyła mnie tak okropnym spojrzeniem, jakbym ja teraz został menelem. Poprzez dotyk. Nie wiem, co mnie bardziej wkurwia. To, że nie udzielamy pomocy innym, uciekając od tego. Czy to, że patrzymy na pomagającym z pogardą.

Może baba nie pomagając kloszardowi, myślała „Są inni, oni niech mu pomagają, nie jestem sama w tym mieście”. Może kierowała się „efektem widza”? „Odpowiedzialność wystarczy lekko rozproszyć, by ofiary przestały być warte pomocy” – dwuwers Bisza z nowej płyty B.O.K. „Labirynt Babel” idealnie pasuje do takiej sytuacji. Dzisiaj miała pójść recenzja właśnie tego albumu, ale widać miało być inaczej.