Źródło: brixtonblog.com

Źródło: brixtonblog.com

Od dłuższego czasu obserwuje u siebie wielką zmianę co do sposobu picia piwa. Nie, nie chodzi o to, że nagle zacząłem je pić w dwuipółlitrowych dzbankach. Obecnie większość piw spożywam w pubach.

Jeszcze niedawno wyjście do multitapu było u mnie czymś rzadkim. W miesiącu byłem w knajpie z dobrym piwie nie więcej niż dwa razy. Teraz często ten poziom osiągam w jednym tygodniu. Za to wizyta w sklepie specjalistycznym jest dla mnie dziś niemal świętem.

Nawet jeśli piję piwo w domu, jest to w zdecydowanej większości przypadków coś, co zrobiłem sam. Chociaż i tak wychodzi na to, że warzę sporo więcej niż piję, bo obecnie jestem na etapie zbierania butelek do kolejnej warki, gdyż wszystkie wolne opakowania piwne zostały już wykorzystane. Coś niezwykłego dla mnie, zważywszy, że przez długi czas myślałem, że moment niedoboru butelek jest bardzo odległy. Prawdą jest, że warzę z większą częstotliwością, ale nie jest to jakaś rewolucja. Ot, podniesienie produkcji o jakieś 30%. Czy to aż tak dużo? Nie sądzę.

Nie wliczając piw domowych, moja struktura wypijanego piwa wyglądała mniej więcej tak: 80% – piwa sklepowe, 20% – piwa w pubie. Dzisiaj można pokusić się o stwierdzenie, że ten stan rzeczy po prostu się odwrócił. Powód jest prosty – wygoda. O wiele prościej umówić się ze znajomymi, którzy mieszkają w różnych częściach miasta w jego centrum, gdzie każdy ma względnie blisko. Problemem może być przeprawa jednego kolegi z jednego końca miasta na drugi w środku tygodnia, bo zajmuje to dużo czasu. Szczególnie w środku tygodniu jest to uciążliwe, a pić się chce, czyż nie? Poza tym fajnie wyskoczyć do multitapu z miłą atmosferą i dobrym, świeżym piwem.

Cieszy mnie też, że w lokalach innych niż multitapy można kupić ciekawe piwo, a świadomość obsługi też się poprawia. Widzę to, gdy robimy sobie wypad ze znajomymi z pracy, nie tylko na mój ulubiony trunek, ale na coś ciekawego do jedzenia. Jest to dla mnie bardzo korzystne, można coś naprawdę dobrego wszamać, przy okazji wypić coś przyzwoitego.

Ostatnio choćby poznałem korzystny wpływ piwnej rewolucji, kiedy to będąc na koncercie – też w środku tygodnia, a jak – w ciekawym wizualnie miejscu, bez problemu mogłem kupić dobre polskie piwo rzemieślnicze. Co prawda w butelce, ale czy to jest jakiś wielki problem? Niby barman pytał, czy przelać do szkła, co chyba powinno być standardem, ale sam fakt, że koncert można było dodatkowo umilić dobrym trunkiem, wiele znaczył.

Prawdą jednak jest, że trochę tęskno mi za spokojnymi degustacjami w domowym zaciszu, kiedy można było skupić się na zaletach i wadach piwa. Aczkolwiek nie zostało to zupełnie wyeliminowane, tylko mocno ograniczone. Za to piję piwo w gronie znajomych w ciekawych miejscach i to chyba jest większą korzyścią od sensorycznej degustacji.