Zeus. Jest super [RECENZJA]

Czy „Zeus. Jest super” to naprawdę tak słaba płyta? Czy na płycie króluje tylko plastik i banał? Czy Zeus się sprzedał szoł-bizowi? Czas na odczytanie werdyktu!

Na samym początku przypomnijmy kontekst całej sytuacji. Wszystko zaczęło się w roku 1998. Wtedy to Kamil Rutkowski, w pewnych środowiskach znany jako Zeus, zaczął tworzyć muzykę rap. Jednak wymierne efekty jego twórczości ujrzały światło dzienne dopiero 10 lat później. Album „Co nie ma sobie równych” okazał się artystycznym sukcesem, niestety komercyjnym już nie. Dokładnie tak samo było w przypadku dwóch następnych płyt. Dopiero w 2012 roku Zeus wyszedł finansowo na prostą. Nie musiało minąć zbyt wiele czasu, żeby nastolatki wrzucały na swoje facebookowe tablice kawałki rapera z Łodzi, co w końcu jest miarą popularności artystów w dzisiejszych czasach.

Musiało minąć mnóstwo gościnnych zwrotek od których łodzianin miał skośne oczy, choć i tak miał poślizg z ich oddaniem, żeby fani mogli dostać nową płytę. Pierwszy singiel pt. „Będziemy dziećmi” wypuszczony został 1 czerwca 2015. Nie było to nic nadzwyczajnego, ale też nic czego można było się wstydzić. Świadomi, oddani fani mówili „OK, może być, ale czekamy na coś lepszego”. Czy się doczekali?

W kontekście całej płyty – niestety nie. Mimo że Zeus tekstowo nigdy nie był nadzwyczajnie odkrywczy, jego siła tkwiła w innych elementach. Były to umiejętności, z którymi mogło konkurować 2-3 raperów z Polski. Niebotyczne znaczenie miał sposób przekazywania emocji w swoich utworach. Co prawda umiejętności to wciąż najwyższa półka w naszym kraju, jednak poziom banału na nowym albumie sięga zenitu. Jasno można powiedzieć, że Kamil Rutkowski na „Zeus. Jest super” nie oferuje osobie, która przesłuchała dokładnie każdy jego poprzedni krążek niczego nowego. Jedynie czasem, ale i tak w znacznie mniejszym stopniu niż przedtem, słychać jakieś emocje. Takim przykładem jest utwór „Nie potrzebuję wiele” – mimo, że mało oryginalny, to świetny właśnie w swojej prostocie i zupełnie pozbawiony banału. Jest to coś niezwykłego na tej produkcji.

Po przesłuchaniu jednoznacznie widać, że twórca płyty znacznie zmienił swoje życie od czasu wydania poprzedniego krążka. Nie wiem, czy to sukces tak źle wpłynął na artystę, czy może jakiś udział w tym miała przeprowadzka z Łodzi do Warszawy. Natomiast nieumiejętność rozdzielenia życia prywatnego z zawodowym wychodzi w postaci wzięcia żony do śpiewania refrenów w kilku kawałkach. Nigdy nie przypuszczałbym, że pierwszym gościem na albumie Zeusa będzie jego żona! Niestety jej wokale brzmią albo nijako, albo tragicznie.

Po singlach można było odnieść wrażenie, że tegoroczny longplay rapera będzie kompletną klapą artystyczną. Banał w nich gonił banał. Wydźwięk singli zestawionych ze sobą pokazywał brak spójności logicznej. W jednym numerze mogliśmy posłuchać krytyki korporacji, w innym Zeus brzmiał jak trener na szkoleniu motywacyjnym dla wypalonych korpoludków. Od kiedy pojawiły się jakieś oficjalne zapowiedzi albumu, oczywistością stało się, że będzie to materiał z pozytywnymi treściami. Tak też jest, z tym że poziom refleksji na płycie to coś między przemyśleniami gimnazjalistek a zachwytem młodych matek z powodu ich dzieci. Jedno i drugie nie powinno być pokazywane publicznie.

Powyższe akapity mogą świadczyć, że Zeus nagrał tragiczny album. Tak nie jest, ale porównując go do poprzednich 4 płyt, można być nastawionym tylko i wyłącznie negatywnie. Z wywiadów można wnioskować, że Zeus to wciąż ten sam człowiek z otwartą głową. Pozostaje mieć nadzieję, że następna produkcja znów będzie czymś, czego będzie można z zapartym tchem słuchać po latach. W 2015 roku królem łódzkiej sceny rapowej znów stał się Ostry, który pokazał jak po kilku słabych momentach wrócić z czymś, co sprawia, że słuchacz ma ciary na plecach. Tego także życzę Zeusowi przy następnym longplayu.

Categories: Opinie

Poznańskie Targi Piwne [RELACJA] » « Łódzkie multitapy i browary restauracyjne

4 Comments

  1. Najlepszy kawałek ostatnio wydany przez Zeusa to ePMd, ale z tego co widzę usunięto juz z youtube

  2. Nie wiem skąd się bierze się ta recenzja, ale czuć tutaj negatywne nastawienie do bardzo dobrego albumu. Wygląda na to, że ocenia to fan OSTR’a (który może tylko pomarzyć o progresie jakiego dokonał ZEUS), i na bycie obiektywnym nie ma tu miejsca. Na szczęście ZEUS odczuwa przyjemność z możliwości tworzenia dla fanów, a nie z liczenia forsy czy sprawdzania stanu konta. Pozdrowienia dla wiernych fanów ZEUSA :).

    Oby tak dalej – wielki szacun za całą TWÓRCZOŚĆ…!!!

    • Adrian Ogłoza

      7 marca 2016 — 21:19

      Cześć Andrzeju,
      recenzja jest taka jaka jest, gdyż to najgorszy album Zeusa, który mocno zawiódł moje oczekiwania. Wszystkie poprzednie płyty tego rapera są świetne, ta jest porażką na całej linii. Fan Ostrego? Nie nazwałbym się tak, gdyż nie mogłem go słuchać przez wiele lat. Jednak jego dwa ostatnie krążki to kilka poziomów wyżej niż „Zeus. Jest super”. Taka jest moja opinia.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

Copyright © 2018 Piwny Rap

Theme by Anders NorenUp ↑

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress