IMG_20170806_143703

Teneryfa, jedna z Wysp Kanaryjskich, to miejsce o którym nawet nie myślałem w swoich planach podróżniczych na kilka najbliższych lat. Decyzja o wyjeździe tam była zupełnie spontaniczna. Co przekonało mnie tak nagle do tej wyspy? Przede wszystkim świetne krajobrazy oraz olbrzymie zróżnicowanie klimatyczne na stosunkowo niewielkim obszarze.

Przed Teneryfą

Co trzeba wiedzieć o Teneryfie? Należy ona do Hiszpanii, czyli również do Unii Europejskiej. Oznacza to, że nie musimy mieć paszportu, żeby tam się dostać. Wystarczy jedynie dowód osobisty. Warto również dodać, że na żadnej z Wysp Kanaryjskich nie obowiązuje podatek VAT, dzięki czemu ceny wielu produktów są niższe. Podobno korzystnie jest tam kupować sprzęt elektroniczny, ale nie weryfikowałem tego samodzielnie, bo jakoś nie miałem ochoty. Na Teneryfie są ciekawsze rzeczy do roboty.

Osoba, która chciałaby się wybrać w to miejsce, musi jasno określić sobie czego oczekuje. O ile jeszcze jeśli ktoś planuje każdego dnia z samego rana wyjazd w inną cześć Teneryfy i powrót wieczorem do hotelu, nie ma to aż tak wielkiego znaczenia. Natomiast, jeśli ktoś woli zostać w jednym mieście na kilka dni, by choćby lepiej poczuć jego klimat, powinien on być świadomy jednej rzeczy. Różnice w klimacie są tam na tyle duże, że pogoda w  dwóch miejscowościach położonych od siebie o jakieś 30 km w linii prostej wygląda zupełnie inaczej. Nie są to puste słowa. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Wspomnę o tym później.

Południe a północ

Uogólniając, południe wyspy jest przeznaczone dla osób, które lubią smażyć się na słońcu. I w sumie tyle. Dla mnie południe wydawało się okropne. Nie mam oczywiście nic do samego słońca, ale tereny wyglądające jak pustynie i półpustynie, z niewielką roślinnością skutecznie zniechęcały mnie do tej części Teneryfy. Z racji tego, że wylądowałem na lotnisku południowym, miałem okazję zobaczyć na własne oczy, jak to tam wygląda i tylko upewniłem się w swoim zdaniu.

IMG_20170809_113741

Wybrałem północ wyspy, konkretnie miasto Puerto de la Cruz, i tam wszystko już wyglądało inaczej. Naprawdę bujna roślinność (to na plus) przeplatywała się z dużym zachmurzeniem (to na minus). Jednak jak się okazało, nawet dla osób, które uwielbiają wylegiwać się i opalać na plaży, słońce kryjące się za chmurami nie było wielkim problemem. I tak było ciepło lub bardzo ciepło – temperatura powietrza w cieniu wynosiła od 27 do ponad 30 stopni Celsjusza. To w ciągu dnia. W nocy natomiast podczas mojego pobytu nigdy nie zeszła poniżej 22 stopni. Na szczęście dla mnie w ogóle nie padał tam deszcz. Słońce skryte za chmurami okazuje się bardzo zdradliwe. Leżąc na plaży, człowiek niby nie odczuwa jego działania tak mocno, ale promieniowanie UV robi swoje. Trzeba na to uważać!

Takie znaczne różnice klimatyczne istnieją z powodu wulkanu Teide, który znajduje się w centralnej części wyspy. Ma on wysokość aż 3718 m n.p.m., co czyni go największym szczytem całej Hiszpanii. Istotne znaczenie mają również prądy morskie – zimny Kanaryjski oraz ciepły Golfstrom.

Puerto de la Cruz dla mnie okazało się miastem całkiem fajnym. Trzeba mieć na uwadze, że jest to największe miasto turystyczne na północy Teneryfy (na południu największym ośrodkiem dla turystów jest Costa Adeje). Budynki hotelowe zdecydowanie zdominowały jego krajobraz, historyczna część miasta nie jest w żaden sposób imponująca. Jednak tłumów na ulicach nie było, podobnie na plaży, gdzie było bardzo luźno. Puerto to – jak łatwo się domyślić – port po hiszpańsku. Historia miasta rozpoczyna się właśnie od powstania portu dla miejscowości leżącej nieco bardziej w głąb lądu – La Orotavy. La Orotava wg wielu osób jest najładniejszym miastem na Teneryfie. Byłem i tam.

Niuans na pieszej trasie

Z Puerto wybraliśmy się tam na pieszo, bo blisko – 4 km od naszego hotelu. Wycieczki piesze mają jedną bardzo ważną zaletę – można wówczas skupić się na detalach. Dla mnie takim detalem, o którym wcześniej nie wiedziałem, a poznałem przypadkiem dzięki trasie wyznaczonej przez Google Maps, była ulica Camino de El Ciprés. Jest to historyczna droga prowadząca z La Orotavy do portu, czyli dzisiejszego Puerto de la Cruz. Jej nawierzchnia to takie kocie łby, z tym że kamienie są oczywiście pochodzenia wulkanicznego, jak zresztą cała wyspa. Droga jest otoczona po obu stronach murem. Przy niej znajdują się wielkie plantacje bananowca. Camino de El Ciprés jest chronionym prawnie zabytkiem. Nie ma tam żadnego ruchu, jest zupełnie pusto. Kiedyś zapewne była to tętniąca życiem ulica, gdzie transportowano np. wino. Teraz idzie się w osamotnieniu przez kilkaset metrów. Ciekawostką jest, że w pobliżu tej drogi Wolfgang Kohler, niemiecki badacz, prowadził eksperymenty z udziałem szympansów na temat świadomości zwierząt.

IMG_20170808_114848

La Orotava – harmonia na nierównym terenie

La Orotava to bardzo urokliwe miasteczko z wąskimi uliczkami i nierównym terenem, co dodatkowo uwydatnia jego walory. Stylowe kamieniczki cieszą oko. Jest tam bardzo estetycznie i spokojnie, mało turystycznie. Wystarczy trochę oddalić się od brzegu oceanu i już mamy nieco inny świat. Restauracje wydają się być tworzone pod lokalnych mieszkańców, nie przyjezdnych. Potwierdzeniem jest totalny brak znajomości języka angielskiego u całej obsługi w jednej z knajp. Mamy tu ciekawą architekturę sakralną, ogród botaniczny, okazały ratusz. Może nie znajdziemy tutaj budynków, które zapierają dech w piersiach. Nie oczekujmy też perełek, które byłyby znane na całym świecie. Jednak całe miasto wydaje się perfekcyjne zharmonizowane, przemyślane urbanistycznie. Zachęca do spacerowania i wyciszenia się. Naprawdę cudowne miejsce.

IMG_20170808_144108 IMG_20170808_144846 IMG_20170808_142322 IMG_20170808_124313 IMG_20170808_122747

Autobusy na Teneryfie – TITSA

Innym miastem, które odwiedziłem, było Los Gigantes. Tym razem odległość do pokonania z Puerto de la Cruz była zdecydowanie większa, zatem jako sposób transportu wybraliśmy autobus. Po całej Teneryfie kursują pojazdy tego typu, które należą do przedsiębiorstwa Transportes interurbanos de Tenerife, S.A. (w skrócie TITSA). Ten rodzaj komunikacji działa sprawnie. Trzeba jednak pamiętać, że bilety kupione bezpośrednio u kierowcy są znacznie droższe. Lepiej kupić kartę typu prepaid, o nazwie Bono Via. Istnieją dwie opcje do wyboru: karta o wartości 15 euro oraz karta o wartości 25 euro. W Puerto kupiłem tę pierwszą w punkcie informacji TITSA, który znajduje się przy ulicy, z której odjeżdżają autobusy. Karta może być używana przez wielu użytkowników. Podczas wejścia do pojazdu, dajemy kierowcy kartę i mówimy, że chcemy bilet do danej miejscowości. On wkłada ją do czytnika (pasażer też to może zrobić) i ściąga z naszej karty odpowiednią kwotę. Informacje, ile ściągnięto z naszej karty oraz ile na niej zostało, są zapisywane na jej rewersie. Z Bono Via bilet z Puerto de la Cruz do Los Gigantes za osobę kosztował 4,65 euro. Gdybym kupił bilet bezpośrednio u kierowcy zapłaciłbym 7,10 euro. Jest różnica, prawda? Plusem jest to, że gdy np. zostało Ci 1 euro z hakiem (tak jak w naszym przypadku) i chcesz kupić bilet, to system pobiera to, co jest na karcie, a ty tylko dopłacasz do tej niższej ceny. Tym samym podróż dla dwóch osób w obie strony kosztowała nas 18,60 euro. Przy zakupie biletów u kierowcy kwota ta zwiększyłaby się do 28,40 euro. Zatem jest to różnica prawie 10 euro.

IMG_20170809_154035

Droga do Los Gigantes była bardzo interesująca krajobrazowo. Od razu skojarzyła mi się z kanionem Tary w Czarnogórze, choć to oczywiście nie ten sam poziom. Jednak ciągłe serpentyny drogowe, wzniesienia i dołki doskonale oddają ten klimat. Jadąc autobusem mijamy miasto Garachico, które na początku XVIII wieku zostało zalane przez lawę, tym samym znacznie podupadło.

IMG_20170807_114049 IMG_20170807_113542 IMG_20170807_174715

Los Gigantes – klify, Angole i duchota

Los Gigantes jest znane z ogromnych klifów, których wysokość sięga nawet 600 metrów. Nie jest to aż tak widoczne z części lądowej, podobno o wiele większe wrażenie klify sprawiają, gdy patrzy się na nie od strony oceanu. Jednak i tak są one bardzo efektowne. Poza nimi, dwie rzeczy bardzo rzuciły mi się w oczy – mnóstwo Angoli oraz bardzo gorąca pogoda przy znacznym nasłonecznieniu. W przypadku pierwszej rzeczy faktycznie na całej Teneryfie największą grupę turystów stanowią właśnie mieszkańcy Wielkiej Brytanii. Na drugim miejscu są Niemcy. O ile przebywając w Puerto de la Cruz, co chwila słyszałem ludzi rozmawiających po niemiecku, a jedna ulica była całkowicie „niemiecka”, tak Los Gigantes było całkowicie zdominowane przez Anglików. Pogoda znacząco różniła się od tej w Puerto. Było gorąco, duszno, aż nieprzyjemnie. Względnie umiarkowany klimat o wiele bardziej mi odpowiadał. Ale przekonałem się, że wystarczy pokonać kilkadziesiąt kilometrów, aby znaleźć się w miejscu z zupełnie inną aurą.

IMG_20170807_144734

Lwią część pobytu na Teneryfie spędziliśmy w Puerto de la Cruz. Chyba największym plusem tego miasta jest plaża Playa Jardin. Jardin (czytaj Hardin) oznacza ogród. Doskonale oddaje to wygląd tego miejsca. Bujna roślinność połączona z czarnym piaskiem to ewenement. Miłośników takich klimatów zapraszam do ogrodu botanicznego, gdzie roślinny sprowadzone z całego świata naprawdę zaskakują.

IMG_20170803_203222

Hisilicon Balong

IMG_20170809_172849 IMG_20170804_143353 IMG_20170809_122259 IMG_20170804_150643

Loro Parque

Największą atrakcją Puerto jest Loro Parque, czyli takie połączenie zoo z parkiem rozrywki. Wstęp kosztuje 35 euro, co wydaje się być bardzo wysoką ceną. Jednak poszliśmy również i tam. Jest bardzo tłoczno, ludzie denerwują, a poziom skomercjalizowania – czyli wyciskania pieniędzy z turysty – skandaliczny. Za to pokazy orek, delfinów i lwów morskich zachwycają. Ja wyszedłem z Loro Parku po ponad 6 godzinach z uśmiechem. Poziom zadowolenia minął jednak, gdy zacząłem zagłębiać się w temat już po powrocie do Polski. Atak orki na trenera zwierzęcia w 2009 okazał się śmiertelny, a sprawę zarząd parku przedstawiał jako nieszczęśliwy wypadek. Do tego warunki w jakich żyją orki w Loro Parku zupełnie nie odpowiadają ich naturalnym potrzebom. Polecam obejrzeć dokument „Blackfish”, żeby przekonać się co mam na myśli. Loro Parque jest chyba rzeczą, które rodzi we mnie najbardziej ambiwalentne odczucia w ogóle – od zachwytu po przerażenie.

IMG_20170810_140854

Z pobytu na Teneryfie żałuję jednej rzeczy – tego, że nie wybrałem się na wulkan Teide. Wyspa jest naprawdę ciekawa, zróżnicowana, z charakterem. Z racji tego, każdy znajdzie tam coś dla siebie.

W najbliższym czasie ukaże się jeszcze wpis o alkoholach na Teneryfie. Mówiąc krótko – jest co pić! :-)