Kierowca Graba w końcu nas znalazł. Wsiadamy, witamy się i odjeżdżamy w kierunku zoo w Chiang Mai.

Co jak co, ale trzeba przyznać, że w przypadku samochodów Tajowie nie bawią się w półśrodki, a kierowcy Graba to już w ogóle. Jest to nasz piąty przejazd w ramach tej usługi i za każdym razem jeździliśmy wypasionymi furami. I nigdy nie braliśmy opcji premium, tylko ofertę jak najbardziej podstawową. W Tajlandii możesz mieszkać w norze, ale obok musi stać wysokiej klasy samochód. Nie jest to oczywiście jedyny naród z takim podejściem do tematu, ale tutaj auta Tajów robią na mnie duże wrażenie. Na drogach królują azjatyckie marki z Hondą na czele. W Ayutthayi (tak to się odmienia?) jechaliśmy Fordem Rangerem. I to chyba mój prywatny numer jeden podczas pobytu w dawnym Syjamie.

Podróż do zoo trwała już jakiś czas. Jest ono położone poza miastem, a dodatkowo władowaliśmy się w korek na drodze wylotowej. Spojrzałem jeszcze na swój telefon, gdzie miałem odpaloną aplikację Grab. Widniała tam kwota 84 bahty. Grab jest bardzo elastyczny i oferuje znacznie więcej niż Uber. Przynajmniej ten polski. Można wybrać taryfę, gdzie z góry znamy koszt przejazdu, niezależnie od tego jak długo będziemy jechać i jaką trasą pojedzie kierowca. Z tej opcji korzystaliśmy zawsze. Dlatego wiedziałem, że za transport do zoo zapłacimy 84 bahty, czyli około 10 zł. Myślę sobie – koleżka miał problem, żeby nas znaleźć, gdyż GPS źle pokazał miejsce na mapie, jedziemy poza miasto, stoimy w korku, a sam kierowca wydaje się bardzo miły. Aż chce mu się wynagrodzić nieco te wszystkie trudy, chociaż symbolicznie. Dlatego spoglądam w portfel – mam w nim jeszcze banknot 100-bahtowy. Dam mu go i powiem, że nie chcę reszty.

Dojeżdżamy do głównego wejścia zoo. Daję banknot Grabarzowi, jak żartobliwie zacząłem nazywać każdego kierowcę ichniejszego Ubera, a ten od razu szuka reszty. Mówię „ol for ju, ol for ju”, co oznacza dla niego 16 bahtów napiwku, czyli coś koło 1,80 zł. Takiego zadowolenia, jakie nastąpiło po dwóch sekundach nie widziałem od wielu miesięcy. Grabarz, wzruszony wręcz, niemal wykrzyczał „fenk ju, fenk ju” oraz wykonał gest tradycyjnego tajskiego podziękowania. Z jednej strony poczułem się nieco głupio. To tylko 1,80 zł! Bogaty farang przyjeżdża do Tajlandii i rzuca hajs dużo biedniejszym od siebie. Z drugiej strony, wydaje mi się, że mocno poprawiłem humor – i tak już pogodnemu – Tajowi.

Zoo w Chiang Mai jest całkiem sporych rozmiarów. Sporo osób wybiera jego zwiedzanie przy pomocy samochodu. Ja jednak wolę spacer. Tłumów nie ma, z tego też powodu chodzenie asfaltowymi alejami jest bardzo przyjemne. To taki typ zoo, gdzie poza zwierzętami bardzo dużą robotę robi naturalna roślinność oraz ukształtowanie tereny – jest pagórkowato. Widok na miasto też zacny. Z tej perspektywy Chiang Mai wydaje mi się nawet duże, czego absolutnie nie widać w centrum. To takie tajskie Zakopane, gdzie ludzie robią sobie bazę wypadową na wędrówki po górach, trekingi, zwiedzanie okolicznych atrakcji, a wieczorem piją na starówce.

Ponadto na całej prowincji znajdziemy mnóstwo świątyń buddyjskich, jeszcze więcej niż w innych miejscach w Tajlandii. „Budda ewryłer” – to usłyszeliśmy od mojej masażystki w Chinatown w Bangkoku, która – jak na tajskie standardy – nieźle mówiła po angielsku, gdy dowiedziała się, że naszym kolejnym przystankiem jest północ kraju, a dokładniej Chiang Mai. Szczerze mówiąc, mieliśmy już tak dość wszelakich świątyń po wizycie w Bangkoku, że nie planowaliśmy zwiedzania żadnej w ostatnich dniach pobytu w tym pięknym kraju.

Chiang Mai miało być dla nas miejscem na dogorywanie, pogodzenie się z myślą, że to już koniec. Że trzeba wracać do zimnej Polski, do swoich spraw, do codziennych problemów, do miejsca, gdzie uśmiechając się do obcej osoby na ulicy, traktowany jesteś jak ktoś przynajmniej dziwny. I świetnie się ta miejscówka właśnie w tym sprawdzała. Tutaj miejscowa ludność żyła znacznie wolniej, ale turyści już niekoniecznie, do czego jeszcze wrócę.

Po dwugodzinnym zwiedzaniu zoo wróciliśmy do centrum miasta. Zmierzaliśmy w kierunku bazaru Warorot. Jest to lokalny rynek dla lokalsów zlokalizowany w pobliżu tutejszego Chinatown. Jeśli jesteś przesadnie wrażliwy, możesz sobie odpuścić to miejsce. Daleko temu miejscu od europejskiej sterylności, trochę brudu się znajdzie, prawdopodobieństwo zobaczenia szczura też jest duże. Do tego widać, że sprzedawcy nie należą do osób bogatych. Stan uzębienia wielu z nich pozostawia sporo do życzenia. Większość z nich to osoby ciężko pracujące fizycznie, co widać po ciemniejszym odcieniu skóry oraz licznych zmarszczkach, na których powstanie miało wpływ zapewne ponadnormowe promieniowanie UV.

Jednak to właśnie tutaj widać jak wygląda prawdziwe życie wielu Tajów. Owszem, Chiang Mai jest coraz bardziej turystyczny, ale wciąż daleko mu w tej kwestii do Phuket czy Bangkoku. Tutaj o wiele bardziej czuć tajską autentyczność, której nie widać w katalogach biur podróży czy na pięknych fotkach znajomych z Wyspy Phi Phi czy z Wyspy Bonda.

Poza tym takie bazary to również uliczne żarcie, a skoro Warorot jest przeznaczony dla lokalnych mieszkańców, oznacza to, że najemy się przepysznego żarcia i to bardzo tanio! Dzień wcześniej, kiedy to przybyliśmy do miasta, naszym pierwszym punktem był właśnie ten rynek. Jednakże było już po 16, spora cześć sprzedawców się zawinęła. Byliśmy głodni, zmęczeni i podirytowani. Jak wspominałem już we wpisie o Phuket, w takiej sytuacji najlepszym rozwiązaniem jest wizyta w 7-eleven, by drogą kupna nabyć piwo, poprosić o otworzenie butelki i opróżnić ją, siedząc na krawężniku pobliskiej ulicy. Również i w tym przypadku sprawdziło się to doskonale. Po wypiciu piwa bazar jakby dostał drugiego życia. Z ziemi powyrastały nowe stanowiska z jedzeniem. Mam oczy jak pięć złoty lub jak Mesut Özil. To się dzieje naprawdę? Gościu przygotowuje sushi na miejscu, cena 5 bahtów za sztukę! Bierzemy 10. Kurczak z bazylią plus ryż i jajko sadzone? 30 bahtów za wszystko! No nie, kocham, kocham! Cały poniższy zestaw kosztował nas jakieś 12 zł:

Dzisiaj plan był podobny. Najeść się jak król w tymże cudownym miejscu oraz być może kupić jakieś pamiątki dla rodziny i przyjaciół. Po zjedzeniu i obejściu bazaru ruszamy w kierunku sklepu Big C. Tam mamy zamiar kupić alkohol dla znajomych. Zatrzymujemy się przy lokalnych trunkach z kategorii whisky, rozmyślamy, spoglądamy i pakujemy do koszyka. W tym momencie koło nas przechodzi pewien Angol, pyta, czy znamy angielski. Gdy potwierdzamy, mówi, że przed 17 nie sprzedadzą nam alkoholu. Jakże mogliśmy zapomnieć! Jest 16:40. Odkładamy flaszki, koszyk, wychodzimy ze sklepu i robimy mały spacer, aby zabić te 20 minut. Dwie minuty przed godziną zbawienia pakujemy butelki do koszyka i znów widzimy znajomą brytolską twarz. „Perfekt tajming”. I wszyscy wybuchamy śmiechem.

Po dostarczeniu towaru do hotelu, wychodzimy znów na miasto. Tym razem idziemy w kierunku nocnego bazaru. Tutaj grupą docelową są już zdecydowanie turyści, Te same rzeczy, które można kupić na Warorot za 100 bahtów, tutaj kosztują 250. Oczywiście można się targować, a wręcz jest to wskazane, ale i tak zapewne się przepłaci. Mimo tego atmosfera jest niezwykle miła. Dzień wcześniej w pobliskim pubie mieliśmy bardzo zabawną sytuację, ale szczegóły zachowam dla siebie. W każdym razie śmiechu było co nie miara.

Droga powrotna do hotelu to w dużej mierze obrzydzenie, kiedy widzi się obleśnych starych białych amatorów seksturystyki z młodziutkimi Tajkami. Podobno większość prostytutek pochodzi z regionui Isan, gdzie panuje duża bieda. I wydostanie się z niej, nawet gdy wyjeżdża się do pracy w burdelu, jest odbierane przez rodzinę jako życiowy sukces. Jest to oczywiście bardzo smutne, a w Chiang Mai prostytucja rzuca się w oczy bardziej niż np. w Bangkoku z uwagi na duże mniejsze rozmiary tego pierwszego miasta.

Docieramy do hotelu. Jutro ostatni dzień w Tajlandii. Zliczamy hajsy i myślimy jak dobrze zagospodarować je na jutrzejsze przyjemności. Ja jeszcze z pewnością pójdę na masaż.