Wbrew moim obawom, które narodziły się po przeczytaniu wielu komentarzy w internecie, w samolocie miałem mnóstwo miejsca na nogi. Air Asia to odpowiednik RyanAira czy WizzAira, a komfort nieporównywalnie większy. Obsługa bardzo miła i nie ma tego całego cyrku z bagażem podręcznym. Czas na Bangkok.

Lot przebiegał bardzo miło. Jednak trzeba było jakoś dostać się na lotnisko na wyspie Phuket. Transport w tymże miejscu to temat na oddzielny wpis. Ale w skrócie – jeśli chcesz dojechać szybko, w miarę wygodnie i lubisz przepłacać, bierz taxi. Jeśli wolisz inaczej, kombinuj. Super opcją jest Phuket Smart Bus, który jedzie z lotniska po zachodnim wybrzeżu wyspy aż na samo jej południe do Rawai. Cena dość atrakcyjna (170 bahtów), autobus klimatyzowany i bardzo wygodny.

Wcześniej też z niego korzystaliśmy. I podobnie jak wtedy razem z nami wsiadł koleś z Filipin. W końcu można normalnie porozmawiać po angielsku, bo po paru dniach na Phuket, gdzie najczęstszą odpowiedzią na pytanie zadane w tym języku był uśmiech, bardzo mi tego brakowało. Nawet nie byłem tego świadomy, że językiem urzędowym na Filipinach jest angielski właśnie. Rozmowa się klei. Gościu leci do Singapuru. Poleca korzystanie z aplikacji Grab, czyli tutejszego Ubera. Mam ją zainstalowaną u siebie, ale myślałem raczej o wzięciu normalnej taksówki w Bangkoku. Ale skoro ten miły kolega poleca… Przy okazji właśnie w tym momencie zrodziła się w mojej głowie koncepcja, żeby wybrać się na Filipiny.

Tymczasem poproszono wszystkich pasażerów o zapięcie pasów. Pilot zabiera się do lądowania na lotnisku Don Muang w Bangkoku. Przez okno widać wijącą się rzekę Menam. Wygląda to bardzo ciekawie, efektownie. W końcu lądujemy, czekamy chwilę na autobus, wsiadamy do niego, a ten zawozi nas pod terminal. Odbieramy bagaże i zamawiamy Graba.

Tutaj należy podkreślić ważną rzecz. Bangkok jest miastem bardzo zakorkowanym. Bardzo. Również poza godzinami szczytu. Najszybciej z lotniska dostać jest płatną autostradą. Oczywiście na koszt pasażera. Dopóki byliśmy na autostradzie, jechało się bardzo dobrze. Jednak zaraz po zjeździe z niej stanęliśmy w korku, a kierowca włączył film na jutubie i przez 15 minut nie ruszyliśmy się nawet o centymetr. Potem kawałek przejechaliśmy i sytuacja się powtórzyła, z tym że 15 minut nicnierobienia zmieniło się w 5. Następnie już do samego hotelu jechaliśmy ruchem szarpanym.

Hotel bardzo fajny, obsługa miła, okolica ładna i bogata w stragany z ulicznym żarciem. Uśmiech z twarzy nie schodził. Idziemy coś zjeść. Żarcie sporo tańsze niż na Phuket. Jak chcesz, to kupisz dwudaniowy obiad za 7 złotych. Z pełnymi żołądkami idziemy przejść się po naszym nowym tymczasowym sąsiedztwie. Podoba się, nie ma co. To właśnie po Bangkoku spodziewałem się najwięcej i na razie jestem kontent. Ponieważ jest późno, my jesteśmy zmęczeni po podróży, idziemy do hotelu, po drodze wstępując do 7-eleven w celu zakupu piwa. Następny dzień mieliśmy obficie zaplanowany.

Budzimy się. Idę do 7-eleven po śniadanie na szybko, ekspedientki się do mnie uśmiechają, pakując zakupy w trzy foliowe torebki. Nasz hotel miał jedną wielką zaletę, czyli oferował tuk tuka za darmo na przejazdy w promieniu 3 kilometrów. A że do stacji metra mieliśmy 2 km, to z chęcią skorzystaliśmy. Jednak tuż przy wejściu do metra znajduje się Lumphini Park, chyba największy i zarazem jeden z nielicznych parków w Bangkoku. Po spacerze w nim wsiadamy do metra i jedziemy w kierunku Chinatown.

Jeśli lubisz miejsca tętniące życiem, Chinatown w Bangkoku z pewnością ci się spodoba. Pełno ludzi, pełno ulicznego żarcia, salonów masaży, wąskich uliczek, ale i ogrom chińskiej tandety, na którą składają się rzeczy, których zastosowania nie byłem w stanie się domyślić. To właśnie w okolicy tej dzielni wybrałem się na tradycyjny masaż tajski. Momentami doznawałem ogromnego bólu, mimo że nie należę do osób fizycznie szczególnie wrażliwych. Natomiast po godzinie czułem się jak młody bóg. Nie pozostało nic innego jak… iść do 7-eleven po piwo i wypić je na krawężniku w bocznej uliczce w Chinatown. Zapamiętajcie to zdanie.

Włóczenie się po Chinatown było bardzo ciekawe. To inny świat, to prawdziwa Azja. W końcu jednak postanowiliśmy wybrać się w inne miejsce, czyli do dobrze znanego centrum handlowego MBK. Najlepiej dostać się tam za pomocą kolei nadziemnej. Jednak najbliższa od Chinatown stacja BRT położona jest dość daleko. Co więc począć? Oczywiście skorzystać z coraz popularniejszego w Bangkoku tramwaju wodnego. Moja Asia zakochała się w tym środku transportu. Tymczasem ja wyobraziłem ją sobie jak każdego dnia w szpilkach wskakuje na długą łódź, wypchaną po brzegi o każdej porze, w drodze do pracy i głośno się roześmiałem. Fakt faktem, tramwaj wodny jest bardzo ciekawą formą atrakcji dla turystów. Do tego bardzo tanią – ceny są zależne od wybranej linii, ale my płaciliśmy jedynie 20 bahtów (nieco ponad 2 złote), a można było płynąć z jednego do drugiego końca miasta.

Kolej nadziemna szybko zawiozła nas do handlowego serca Bangkoku, w którym na moment nawet się zgubiliśmy. W końcu jednak trafiliśmy do MBK. To miejsce, gdzie na sześć pięter mamy 5 kondygnacji z chamskimi podróbkami oraz jedną z żarciem. Troszkę może przesadzam, ale tylko troszkę. W MBK zamówisz garnitur szyty na miarę za 100 dolców, wymienisz potłuczony ekran w swoim smartfonie, kupisz koszulkę z logiem Supreme za 20 zł, potargujesz się i dobrze się najesz. Aha, jeśli chodzi o ten garnitur, to podobno jest to znany scam w Bangkoku (sprawdź sobie termin tailor scam), ale nie sprawdzałem na sobie. Możesz sprawdzić i dać mi znać.

Po wizycie w MBK wracamy szybko do hotelu i przebieramy się. Ja zakładam długie spodnie, koszulę i najeczki. Mimo że już 20, temperatura wciąż nie spada poniżej 30 stopni. To jest ta najzimniejsza pora roku w Tajladnii? Aha, ok. Na recepcji prosimy o tuk tuka. Pani pyta: „dokąd?”. Do Moon Baru i pokazuję miejsce na Google Maps. Chwila narady z kierowcą tuk tuka i pada tekst „Noł problem”. Jedziemy. Przemierzamy boczne uliczki. Jadąc tuk tukiem w eleganckiej koszuli, czuję prestiż. Jeden dzieciak na ulicy krzyczy do mnie „heloł”. Patrzę na niego i powoli podnoszę dłoń. Czuję się jeszcze bardziej prestiżowo. W końcu dojeżdżamy do drapacza chmur. Wszyscy się uśmiechają, kłaniają się. Czuję się jeszcze bardziej prestiżowo. Wjeżdżamy windą na 62. piętro. Kolejne dwa idziemy po schodach. Jesteśmy. Dostajemy miejsce przy barze. Zamawiamy dwa małe piwa rzemieślnicze. Myślimy, że z Tajlandii. Potem okazuje się, że z Australii. Nieważne. Teraz to nie ma znaczenia. Czuję się świetnie, widoki na Bangkok nocą są fantastyczne. Robię mnóstwo zdjęć. Kilka godzin temu piliśmy piwo z 7-eleven za 6 złotych na krawężniku w bocznej uliczce Chinatown. Teraz jesteśmy na dachu 64-piętrowego drapacza chmur i zachwycamy się widokami. Jednak piwo się kończy, prosimy o rachunek. Po chwili go dostajemy. Widnieje na nim kwota 986 bahtów. Zostawiamy banknot 1000-bahtowy. Wychodzimy. Chcemy przed północą znaleźć 7-eleven, żeby znów kupić piwo za 6 złotych.

Wow, tyle wrażeń, a to dopiero pierwszy pełny dzień w Bangkoku.