„Tuk tuk?”, „Taksi?”, „Łer ar ju gołing?” – Phuket Town znów przywitał mnie standardowo. Po pierwszej wizycie w tym mieście byłem przekonany, że nigdy już tutaj nie wrócę. Tymczasem zaledwie po kilku dniach moja stopa znów stanęła na jego głównej ulicy.

To miasto jest zachwalane w przewodnikach jako przykład świetnej architektury kolonialnej, zadziwiającej mieszanki portugalsko-chińskiej. I owszem – to widać, szkoda, że tylko na jednej ulicy. Reszta miasta – na czele z samym centrum – ze swoim brakiem estetyki, specyficznym zapachem oraz zatłoczeniem przypomina bardziej Bangladesz niż coś wyjątkowo ciekawego. Żeby być sprawiedliwym dodam tylko, że trafiają się enklawy ładniejszych miejsc, ale wciąż jest tego niewiele. No dobrze, murale i sztuka uliczna też są na plus.

W takim razie dlaczego znów pojawiłem się w Phuket Town? Niejako zostałem do tego zmuszony. System transportu zbiorowego na wyspie jest bardzo specyficzny. Pomijam już, że sam wygląd autobusów (tzw. songthaeów) nie pozwala przejść obok obojętnie, a jazda nimi to ciekawe przeżycie. Chodzi o to, jak one kursują. Każdy z nich jeździ na trasie Phuket – plaża i z powrotem. „plaża” to zmienna, pod którą można wstawić np. Kata Beach (to „nasza” plaża), Patong Beach, Rawai Beach. My z Katy chcieliśmy dostać się do tej ostatniej. Myślisz, że dotrzesz tam bezpośrednio? Nah. Najpierw jedź do Phuket Town i przesiądź się na songthaew jadący do Rawai.

Dlatego znów byłem w Phuket Town. Miałem jednak nadzieję na spędzenie tam nie więcej niż 30 minut. Tyle powinna zająć wizyta w kantorze oraz znalezienie autobusu do Rawai. Szkoda tylko, że – jak się okazało – mieliśmy tego dnia święto państwowe. I to nie byle jakie, mianowicie Urodziny Króla. Tego starego, który zmarł w 2016. Na temat nowego nie chcę się wypowiadać, wszakże chciałbym jeszcze kiedyś odwiedzić Tajlandię. Dzień świąteczny oznaczał jedno – zdecydowana większość kantorów była zamknięta! A w portfelu ledwo 80 bahtów, czyli mogliśmy co najwyżej wrócić do Kata Beach. Z tego powodu koniecznie trzeba było znaleźć miejsce, gdzie można było wymienić jeden studolarowy banknot, po to, żeby na jakiś czas znów poczuć się bogatym. Oznaczało to o wiele dłuższy pobyt w Phuket Town niż planowane 30 minut.

Po dłuższej wędrówce w końcu dotarliśmy do miejsca, które było otwarte i miało być kantorem. Zadowolony wchodzę i zaczynam się obawiać, że to jednak nie jest kantor. Żadnych tablic z kursami, żadnych karteczek, żeby przygotować paszport przed wymianą. Nic takiego. Pytam się grzecznie najprostszymi słowami po angielsku, czy można wymienić hajs. Dostaję odpowiedź twierdzącą. „Rejt? Łots de rejt?”. Pani drukuje małą karteczkę, coś w stylu paragonu fiskalnego, gdzie widnieje jedynie „32.65”. Git. Bierz dolary i dawaj bahty. Dostaję i jestem zadowolony, jakbym wygrał w totka.

Teraz czas wrócić na główną ulicę, znaleźć autobus do Rawai i baj, baj Phuket Town! Wróć, w Phuket Town znów pojawimy się za kilka godzin w drodze powrotnej.

Songthaew do Rawai to już inna para kaloszy w porównaniu do tego z/do Kata Beach. Po pierwsze jego rozmiar jest znacznie mniejszy, tak samo jak komfort jazdy. Po drugie jesteśmy tam jedynymi turystami, jedynymi farangami. Wszyscy obok nas to Tajowie. I to nie tacy, którzy pracują z turystami na co dzień. Oni przyjechali do stolicy wyspy zrobić zakupy i wracają do swoich domostw. Jesteśmy dla nich swoistą atrakcją. Bo o ile jeszcze mogli widzieć pełno białasów na mieście, to siedzenie z nimi w ciasnocie to jednak coś innego. Żeby się upewnić, że bilet do Rawai także kosztuje 40 bahtów, pytam Tajki po mojej prawie stronie: „Prajs tu Rawai? Forty bats?”. Na wszelki wypadek asekuruję się kalkulatorem w telefonie, gdzie wpisałem 40. Kiwa głową. Za chwilę jedziemy. Ludzi mnóstwo jak na tak małą powierzchnię, niezbyt wygodnie. Ale czy ja leciałem 9 tysięcy kilometrów, żeby było wygodnie?

Język tajski jest bardzo bogaty i zróżnicowany, ma wiele dialektów. Wszystkie one są pochodną zarówno pochodzenia, jak i wykonywanego zawodu. I tak, idąc ulicami Katy, słyszałem „Tuk tuk”, „Taj masaaaż”, w Rawai słyszę tylko „Boołt”, „Ajlend”. Doprawdy, jaka ta Tajlandia różnorodna! A to tylko południe kraju, cała reszta przed nami.

Rawai jest zachwalane przez całe masy osób. Niestety pierwsze wrażenie nie było zbyt dobre. Ba! Nawet fatalne. Takiego naciągactwa to ani w Kata Beach, ani w Phuket Town nie widziałem. Tutaj Tajowie widzieli we mnie bankomat, nic ponadto. W pewnym momencie postanowiłem  sprawdzić, jak dużo czasu minie od otworzenia menu leżącego przy wejściu do knajpy do przyjścia… aaa…. wbiegnięcia kelnera. W żadnym przypadku nie było to więcej niż pięć sekund!

Nic dziwnego, że musiałem się napić piwa. Ogólnie polecam. Jak coś się nie podoba, coś irytuje, kup piwo w 7-eleven, poproś w tymże sklepie o otwarcie butelki, usiądź na krawężniku i po chwili pojawi się magia. Naprawdę. W Tajlandii sprawdziło się to nie raz. Aha. Powyższa rada tyczy się tylko Tajlandii.

Bardzo szybko Rawai nas zauroczyło. Wystarczyło iść jedynie w kierunku Wioski Cyganów Morskich. Wiecie, to tacy ludzie, dla których morze i rybołówstwo to całe życie. Nie mają żadnego obywatelstwa, żadnych praw publicznych. Łowią ryby, sprzedają je na pobliskim targowisku, czasem podobno nawet w wymianie barterowej. I sobie żyją. Dzieciaki skaczą po łódkach, ganiają się na pobliskim molo. Nieco zbił mnie z tropu jeden młodzieniec, który powiedział do nas po prostu „Haj. Hał ar ju?”. Niby proste, ale powiedziane tak płynnie, tak dobrze zaakcentowane, że aż poczułem się bardzo dziwnie. To w takim nieco zapomnianym, zdawałoby się też zacofanym miejscu, usłyszałem najlepiej powiedziane przez tubylca zdanie (nieważne, że proste) po angielsku w ciągu całego 6-dniowego pobytu na Phuket. Niezwykłe.

Potem został nam już tylko powrót do Kata Beach, miejsca bardzo przyjemnego, ale jednak typowo turystycznego, gdzie momentami nawet częściej można było usłyszeć język rosyjski niż wszystkie inne języki razem wzięte. Aczkolwiek, jakby nie patrzeć, mimo, że Wioska Cyganów Morskich bardzo zapadła mi w pamięć, to i tak nie mogłem się doczekać przepysznego jedzenia z ulicznych straganów przy plaży jedzonego na krawężniku. Tajska kuchnia to pewnie temat na oddzielny blog, więc nie będę rozwodził się  za bardzo w tym wpisie. Tymczasem piliśmy ostatnie piwo na plaży, które zarazem było ostatnim piwem na wyspie Phuket. Następnego dnia lecimy do Bangkoku. Przygodo, trwaj!