Źródło: bellaandwill.wordpress.com

Źródło: bellaandwill.wordpress.com

Słuchanie muzyki albumami to dla mnie normalna rzecz, jak piwo w sobotni wieczór. Jednak dla wielu brzmi to jak coś egzotycznego. Nie wiedzą nawet, ile tracą.

W dzisiejszych czasach (wiem, oklepany zwrot) ludzie są zabiegani, mają bardzo ograniczony czas, który mogą przeznaczyć na przyjemności. Z kolei możliwości jego spożytkowania jest mnóstwo. Internet sprawia, że w tej kwestii cierpimy na klęskę urodzaju. Jak tu skupić uwagę na jednej rzeczy przez kilkadziesiąt minut? Oczywiście dotyczy to jednokrotnego przesłuchania albumu, a jak wiadomo „Przesłuchałeś tylko raz – to nie słuchałeś wcale”. Po prostu – to się opłaca.

Dobra selekcja

Nie zawsze, a w zasadzie rzadko. Z muzyką przecież jest jak z piwem – 90% to jedno wielkie wysypisko śmieci, 5% to coś przyjemnego, a pozostałe 5% to prawdziwe perełki. Trzeba po prostu być selektywnym. Tutaj dochodzimy to sedna – trzeba mieć pewną wiedzę o gatunku muzyki, którego słuchamy. Jasne, żeby podziwiać muzykę nie potrzeba przesadnej edukacji. Cytując Druha Sławka: „Muzyka jest jak dżinsy – wczoraj wąskie, dziś szerokie, jutro dzwony, najważniejsze żeby dobrze się w nich czuć”. Wiedza jednak bardzo nam pomaga, nie przeszkadza. Pamiętacie, jak nauczyciel mówił nam, że matematyka została stworzona, aby ułatwić ludziom życie, a nie utrudnić. Tak samo jest z wiedzą o muzyce. Po prostu dzięki niej łatwiej nam szybko ocenić, co warto sprawdzić i skupić się na tych najlepszych 5%, ewentualnie na tych następnych 5%.

Bardzo ciężko określić, czy album należy do największych perełek. Wielokrotnie miałem tak, że po pierwszym odsłuchu nie byłem zachwycony. Jednak po każdym kolejnym odkrywam nowe smaczki, które potęgują moje wrażenia muzyczne. I weź tu z takiego materiału przesłuchaj jedynie singla, który samodzielnie brzmi średnio, ale w otoczeniu innych utworów robi robotę. Jeśli w grę wchodzi kawałek pochodzący z koncept albumu, to już jest niemal pewne, że osobno nie będzie on się podobał. Tylko całość przyprawia o ciarki na plecach.

Singiel nie musi oddawać klimatu całej płyty

Zdarza się, że singiel jest jednym z gorszych numerów na płycie. Powody wyboru utworu promującego materiał są różne – często chodzi o dotarcie do nowych, niewyrobionych odbiorców. Wtedy doświadczony słuchacz może poczuć się niezaspokojony muzycznie. Jeśli jednak istnieją przesłanki, że cały album może być dobry – czyli np. są nimi wcześniejszego dokonania artysty – nie powinniśmy zniechęcać się singlem. Nawet niektórzy muzycy wychodzą naprzeciw i starają się walczyć z tzw. „kulturą singla”. Sokół z Marysią Starostą zdecydowali się na odejście od singli przed premierą ich drugiej produkcji. Wyszli na tym dobrze – album odniósł sukces, choć był zdecydowanie słabszy od wybornej poprzedniczki. Faktycznie, większość utworów z „Czarnej Białej Magii” podana oddzielnie nie przyciąga uwagi. Skupione razem oddziałują na wyobraźnię słuchacza.

Fani jednego utworu

Wielokrotnie przy rozmowach o upodobaniach muzycznych w kręgu znajomych padały przeróżne ksywki artystów. Po kilku minutach rozmowy okazało się, że wielki fan danego muzyka nie przesłuchał ani jednej jego płyty w całości. Zna tylko single, które telewizja, radio puszczają na dużej rotacji. Tymczasem album jest jak książka – tylko sprawdzając całość, poznasz istotę tego, co chciał przekazać autor. Uszanujmy pracę kogoś innego. Warto jeszcze wspomnieć, że w ten sposób lepiej poznajemy artystę, potrafimy wczuć  się w jego emocje, dla mnie jest to bardzo ważny element w muzyce.

Wracając jeszcze do tego, co pisałem o wiedzy o muzyce. Otóż, najlepiej nabywamy ją słuchając albumów. Także tych złych. Czasem lepiej poznać pięć nijakich płyt i jedną znakomitą, niż nie przesłuchać niczego.