Rok 2014 był dla polskiego rapu całkiem niezły. Jego przedstawicieli mogliśmy coraz częściej oglądać w ogólnopolskiej telewizji. Ci już nie byli pokazywani jak atrakcja w zoo, ale jako twórcy naprawdę dobrej muzyki. Tutaj także skupię się przede wszystkim na jasnych stronach minionego roku, choć kilka uwag na większe wpadki również musi się pojawić.

Raperzy już chyba przestali być kojarzeni z blokersami, odchodzi się również stopniowo od wizerunku dorosłego faceta śmigającego w szerokich spodniach i fullcapie. Liczne występy Spinache’a i Rasmentalismu w mainstreamowych mediach tylko to potwierdzają. Całościowo w polskim rapie było dobrze, ale mogło być jeszcze lepiej. Jakie płyty w 2014 wywarły na mnie największe wrażenie?

B.O.K. Labirynt Babel

To wg mnie najlepsza płyta A.D. 2014. Najdojrzalsza ze wszystkich Bisza, zaangażowana społecznie – na szczęście udało się uniknąć moralizatorstwa, co naprawdę jest trudnym zadaniem w przypadku takiej tematyki. Bisz mówi wieloma głosami, pokazuje problemy zarówno cywilizacji rozwiniętej, jak i Trzeciego Świata. Znajdziemy na albumie też odniesienia do religii, w jednym utworze raper opisuje nawet ludzkość widzianą z perspektywy Boga. To jest naprawdę „mądra” płyta, a do tego bardzo dobra, jeśli chodzi o walory muzyczne. Przy takim rapie można nawet szczycić się, że słucha się takiego gatunku muzycznego. Czy to kamień milowy w polskim hip-hopie? Trzeba będzie jeszcze trochę poczekać, aby nabrać odpowiedniej perspektywy czasowej. Jednak z pewnością możemy uznać, że na takie płyty zawsze warto czekać.

Ten Typ Mes Trzeba było zostać dresiarzem

Album z jednej strony niezwykły, a z drugiej nieróżniący się od poprzednich solówek Mesa. Dlaczego? Wyjątkowość polega na zluzowaniu krawatu, zakasaniu rękawów i wzięciu się do roboty – bez całej otoczki bohemy, jaką Piotr Schmidt pokazywał przez lata. Tutaj podejście do tekstów było bardziej łaskawe dla postaci opisywanych przez autora. Tematyka skupiała się na polskim „folklorze”, który nie objawiał się jednak strojami ludowymi, ale na tym co widzimy na co dzień. Dresiarze, Janusze w klamkach, taksówkarze, ochroniarze czy działkowicze. Do tego przewijają się autobiograficzne treści – cześć powoduje uśmiech na twarzy, niektóre skłaniają do refleksji, a wszystkie pozwalają spojrzeć ludzkim okiem na artystę. Bo Mes jest artystą, poszukującym nadal własnej drogi muzycznej. Dlatego na „Trzeba było zostać dresiarzem” słuchacz ma wachlarz różnych klimatycznie utworów. Jedne są naprawdę niesamowite, niektóre odpychają. Ot, kolejna płyta Tego Typa Mesa.

Włodi Wszystko z dymem

Włodi to weteran, na którego nową muzykę zawsze czekam. Nie stoi w miejscu, jeśli chodzi o umiejętności, ale znowu nie skacze z kwiatka na kwiatek przy każdej okazji. Ma swój własny, niepodrabialny styl. Ubiegłoroczny album jest jego kwintesencją. Stonowane, dojrzałe wersy potrafią czasem pokazać pazur. Płyta jest całkiem różnorodna muzycznie, ale wpięta w pewien koncept od razu pokazuje, że stanowi przemyślaną całość. Powstała w większości na podkładach DJ-a B i to była świetna decyzja. Duet Włodi/DJ B pracuje nad kolejną produkcją. Oczywiście czekam.

Bonson/Matek O nas się nie martw

Szczerze wątpiłem, że ten duet będzie potrafił przebić swoją poprzednią płytę. Po „Historii po pewnej historii” Bonson trafił do szufladki smutnych raperów. Co oczywiście było tylko po części prawdą, bo kto zna jego wcześniejsze projekty, wie że to ani monotonny, ani monotematyczny artysta. Niemniej, osiągnął sukces, będąc smutnym raperem. Na szczęście następny album tej dwójki był już znacząco inny. Pokazywał inne problemy, inne sytuacje i już innych ludzi. I po „O nas się nie martw” bałem się jeszcze bardziej o następne rzeczy. Słuchając „MVP”, moje obawy niestety tylko się potwierdziły.

Mroku W drodze do domu

Tę pozycję potraktujcie nieco z przymrużeniem oka. Mroku zdecydowanie zasługuje na większy rozgłos, a i sama nowa płyta jest dobra, jednak na to miejsce mógłbym znaleźć kilka innych produkcji. „W drodze do domu” to wciąż echo znakomitych „Mrocznych nagrań” z 2009, ale na pewno dużo lepsza rzecz od wydanych w międzyczasie „Bajek robotów”. Na nowym albumie ograniczono bardzo mocno ilość nieszczęsnych, drętwych podwójnych rymów, ale nie na tyle, aby te nie kłuły w uszy. Podkłady Mahyna za to momentami atakują bezcelowym patetyzmem. Mimo tego, to nadal dobra produkcja – z dojrzałymi tekstami, pomysłem na poszczególne utwory i traktująca słuchacza jak inteligentną osobę. Rap z wyraźnymi rysami, ale za to z duszą.

Słabe strony minionego roku

To co sprawiało mi największą przykrość nie było związane z rozczarowaniem poszczególnymi płytami. Przede wszystkim najbardziej rozgoryczony byłem wydarzeniami, które bardzo źle rzutowały na polski rap. To były momenty, kiedy naprawdę było mi za niego wstyd. Mogliśmy przeczytać oświadczenia ogólnomuzycznej Fonografiki na temat raperów, a także podobną rzecz dotyczącą wyrzucenia Deysa i innych artystów ze struktur SB Maffiji. Swoje buractwo pokazał pijany Pih, przerywając koncert Quebonafide w Warszawie. Promowanie się Chady, który jest poszukiwany listem gończym wywołuje pewien niesmak.

Jednak nic mnie nie oburzyło tak jak zachowanie Peji i zablokowanie kanału CGM na Youtube. Zero dystansu do siebie, zaprzeczenie dotychczas stworzonego wizerunku dojrzałego, rodzinnego mężczyzny. I przede wszystkim świadome (?) działanie na niekorzyść dla polskiego hip-hipu. W końcu Artur Rawicz i spółka robią wiele dobrego. Ale oczywiście wielki artysta Peja, który nota bene od czasów „Na serio” nie pokazał niczego ponad solidność, może wszystko.

Wśród płyt, które mnie rozczarowały znalazły się przede wszystkim „Elipsa” Haja (bezpłciowy album), „MVP” Bonsona i Matka (wtórność) oraz „Universum” Planeta i Eljota (ckliwość dla gimnazjalistek). Jednak tych artystów jeszcze nie skreślam, bo wciąż widzę w nich potencjał.

Na co czekam w 2015? Na Dwa Sławy przede wszystkim, a premiera już blisko (09.01) oraz na Zeusa i Rasmentalism. Do tego jakiś bezpretensjonalny album np. Greena (to chyba możliwe) albo Deobsona (raczej niemożliwe) mógłby się trafić.