Jak piwne dziedzictwo bogate, tak ogólny obraz piwa bardzo biedny. Nic w tym dziwnego, w końcu jest to wizerunek – świadomie bądź nie – kreowany od wielu lat.

 

 

Żyjemy w czasach, kiedy bardziej niż o faktach mówi się o kreowaniu rzeczywistości. Specjaliści od marketingu, PR-u potrafią sprzedać społeczeństwu wszystko. Dodatkowo, pracując dla międzynarodowych korporacji, mają w praktyce nieograniczone narzędzia promocyjne. W ten sposób dochodzi do absurdu, że produkt przeciętny dzięki odpowiedniemu wsparciu marketingowego staje się luksusowym w oczach wielu ludzi. Na co dzień jesteśmy atakowani przez przekaz podprogowy w telewizji, w internecie, w prasie.

Samo piwo niestety też przez to cierpi. Już nie chcę kolejny raz krytykować koncernów piwnych za brak odważniejszych decyzji i monotonną ofertę. Skupię się na obrazie piwa w popkulturze.

W kinematografii na przestrzeni wielu lat piwo przybiera najczęściej negatywny obraz. Nie tylko w głupich amerykańskich komediach. Wystarczy wspomnieć choćby wybitny obraz Kieślowskiego „Przypadek”. W kluczowej scenie kloszard na Dworcu Fabrycznym w Łodzi za podniesioną z ziemi monetę idzie kupić piwo. Wizerunek tego mężczyzny połączony z nieatrakcyjnym miejscem nabycia trunku nie może być korzystny.

Niestety w czasach PRL-u takie sceny rodzajowe były na porządku dziennym. Budki z piwem nie musiały posiadać toalet, co powodowało, że okoliczne bramy nie zachwycały pięknem zapachów. Względnie niska cena piwa przyciągała niekoniecznie kulturalnych ludzi. Dlatego wielbiony przeze mnie napój nie mógł kojarzyć się dobrze.

Kadr z filmu "Święto piwa"

Kadr z filmu „Święto piwa”

O ile piwo u Kieślowskiego w jakiś sposób miało swoje odbicie w rzeczywistości, ciężko to samo powiedzieć o filmie „Święto piwa” (tytuł oryginalny „Beerfest”) z 2006. Tak, jest to kolejna głupkowata amerykańska komedia. Jednak jest to o tyle ciekawy przypadek w kontekście artykułu, że warto o nim wspomnieć. Fabuła tejże produkcji odnosi się do innego elementu piwnej popkultury – do Oktoberfestu. O tym festiwalu słyszał każdy, wielu pewnie marzy, żeby tam pojechać. Tymczasem jest to zwykły „ochlaj i wyżerka”. W „Świecie piwa” taki obraz był jednak zbyt łagodny. Trzeba było stworzyć zawody dla wybranych. Zawody na śmierć i życie, wraz ze szpiegostwem w tle. Oczywiście piwo lało się tam cysternami. A, zapomniałbym, w filmie pokazano też piwowarstwo domowe. Nie muszę chyba pisać, że jego obraz jest oderwany od ziemi. Poza tym hobby przyczyniło się do śmierci jednego z głównych bohaterów.

Jak już jesteśmy przy głupich amerykańskich komediach, zapoznajmy się z głupimi piwnymi grami przede wszystkim z USA. Nie muszę chyba nikomu wyjaśniać, czym jest beerpong. To w zasadzie nie jest jakaś bez sensu gra, bo nawet powstają jej narodowe federacje w niektórych krajach. W Polsce też coś takiego istnieje. Natomiast bardzo niehigieniczne wydaje mi się picie piwa, w którym przed chwilą „kąpała się” piłeczka ping-pongowa. Oczywiście wcześniej dotykana przez wiele osób i ubrudzona przez powierzchnię stołu. Nieco bardziej hardkorowa jest gra pt. „Brudny Harry”. Zasady są banalnie proste. Potrzebujemy puszki piwa (butelka raczej nie przejdzie) i minutnik, ewentualnie telefon z minutnikiem. W zabawie powinny wziąć udział przynajmniej 4 osoby. Rozpoczynamy od ustawienia minutnika na odpowiedni czas.A potem już tylko rzucamy do siebie puszką. Wraz z sygnałem oznaczającym koniec czasu, osoba która akurat ma puszkę otwiera przy ustach i pije. Zmiana ciuchów gwarantowana.

Jedna z najbardziej rozpowszechnionych piwnych zabaw (źródło obrazka: tshirtlegend.com)

Jedna z najbardziej rozpowszechnionych piwnych zabaw (źródło obrazka: tshirtlegend.com)

Takich zabaw jest multum i wciąż powstają nowe. Utożsamiane są ze środowiskiem studenckim, często nazywa się je „college beer games”. Oprócz hardkorów, jak wspomniany „Brudny Harry” są też przyjemniejsze i mniej „inwazyjne” gry. Jedna z nich polega na oglądaniu jakiegoś meczu przez kibiców walczących ze sobą drużyn i piciu całego piwa za każdym razem, gdy nasz zespół zdobywa punkt. Jednak ma to swoje minusy. Kibicując polskiej drużynie piłki nożnej, z dużym prawdopodobieństwem moglibyśmy zakończyć wieczór, będąc zupełnie trzeźwym.

Była już mowa o filmach, przejdźmy to seriali. W jednym z moich ulubionych, czyli „Sześć stóp pod ziemią” („Six feet under”) bardzo często pije się piwo. I niestety, jak łatwo się domyślić, jest to product placement, a piwo jest nijakie. Kupowane na 4-, 6-packi, otwierane w stylu „twist on” i pite lodowate wprost z lodówki. Jest to przykład na to, jak świetny serial może nieco tracić, zawierając takie mankamenty.

"Sześć stóp pod ziemią"

„Sześć stóp pod ziemią”

Piwna popkultura to też bicie rekordów Guinnessa. Już samo to, że Guinness to piwo wiele mówi. W księdze znajdziemy takie rekordy jak:

  • Wypicie litra piwa w 1,3 sekundy (coo?!)
  • Otwarcie 2000 butelek piwa w 28 minut i 11 sekund
  • Otwarcie 68 butelek piwa w minutę zębami!

Wraz z rozwojem piwnej popkultury tworzą się mity. Ludzie często tak naprawdę nie mają zielonego pojęcia o piwie. I tak – jak już jesteśmy przy zielonym – ogół społeczeństwa myśli, że tradycyjne irlandzkie piwo jest tego koloru. Widząc w filmach i serialach wyłącznie jasne lagery, część osób powie: „Co?! To piwo może być inne niż jasne?”, zobaczywszy dajmy na to jakiegoś stouta. Niestety mity i niewiedza zawsze będą towarzyszyć ludziom. Na szczęście od edukacji jesteśmy również i my – piwni blogerzy, a roboty jest od groma. Do przeczytania!

 

Podobał się artykuł? Zresztą po co pytam, przecież wiadomo że tak. Kliknij więc „Lubię to”, a żaden świetny artykuł Cię nie ominie!