Źródło: materiały prasowe

Źródło: materiały prasowe

Rok temu pisałem, że Ostry w końcu – po wielu bezsensownych płytach – nagrał coś dobrego. Jednak jedna jaskółka wiosny nie czyni. Czy „Życie po śmierci” sprawiło, że śnieg stopniał całkowicie?

W wielu recenzjach pojawia się określenie człowiek-instytucja, gdy dotyczy to osoby łódzkiego rapera. Nie sposób się nie zgodzić – co rok w lutym możemy oczekiwać, że Ostry wypuści swój kolejny krążek. Ma wierne grono stałych słuchaczy – wydaje się że bezkrytycznych – więc zawsze płyta rozejdzie się w dużych nakładach, jakkolwiek byłaby słaba. I tak też było przez wiele lat. Dla mnie wszystko co było po „O.C.B.” było bardzo miałkie i banalne. Niektórzy zaczęli wrzucać Adama Ostrowskiego do szufladki raperów totalnie wypalonych. Obiektywnie było multum argumentów przemawiających za tym. Co prawda produkcyjnie łodzianin prezentował się niekiedy wybornie, jednak jego rap – zarówno pod względem tekstów, jak i flow – wypadał mizernie. Ubiegłoroczna „Podróż zwana życiem” pokazała, że O.S.T.R. to nie tylko silna marka na polskim rynku, ale przede wszystkim muzyk, który wciąż może czarować swoich fanów.

Otoczka wokół „Życia po śmierci” dawała znać, że będzie to album szczególny. Najtrudniejszy i najbardziej osobisty dla Ostrowskiego. Przyczyną tego jest bardzo ciężki okres w życiu rapera, a jak wiadomo osobiste przeżycia wpływają także na twórczość. Album jest długi, jak to zwykle bywa u Ostrego, ale tym razem mamy do czynienia ze spójną, konceptualną produkcją. Dodajmy do tego emocje w wersach i możemy oczekiwać hitu. Oczekiwania wobec tego krążka były bardzo, bardzo duże, szczególnie że poprzeczka po „Podróży zwanej życiem” była zawieszona bardzo wysoko.

Jednak Adam sprostał wszystkim oczekiwaniom. Nagrał płytę, na której znajdziemy pełno emocji, dobrze wyprodukowaną i pozbawioną banałów. Mamy tutaj rozliczenie ze swoimi demonami, przede wszystkim marihuaną, która prawie przyczyniła się do śmierci rapera. Znajdziemy garść refleksji nad dawnymi znajomościami, którym daleko było do przyjaźni. Jednak mimo wszystko spodziewałem się dużo większego emocjonalnego ładunku. Choć z drugiej strony osiągnięto stan, kiedy słuchacz nie zostaje nagle przygnieciony mnogością ciężkich, wewnętrznych przeżyć artysty. Płyta została również nagrana po jakimś czasie od ostatecznego powrotu do zdrowia, dlatego Ostry jest w stanie spojrzeć na swoje życie bardziej obiektywnie. Na pewno jego stali fani poczują się w pełni usatysfakcjonowani nowym albumem, a wszyscy pozostali i tak go docenią.

Niezaprzeczalnie ogromnym plusem „Życia po śmierci” jest produkcja muzyczna. Zresztą to było oczywiste, gdy znało się poprzedni longplay. Tutaj jednak poziom jest jeszcze wyższy, co sprawia, że można chłonąć każdy numer z wielką przyjemnością. Nie ma tutaj brzmieniowego przewrotu, za to dostajemy doszlifowany diament klasyki z kilkoma większymi bądź mniejszymi wycieczkami muzycznymi. Kto tego nie pokocha, niech pierwszy rzuci kamień.

„Życie po śmierci” to album bardzo dobry, który pokazał, że Ostry wciąż może być w ścisłej czołówce polskich raperów. Jednak szczerze mówiąc, oczekiwałem jeszcze większych emocji, w końcu ten artysta otarł się o śmierć. Niemniej słucha się tego po prostu wybornie.