Moje piwo to godziny pracy. Dlatego nie każdy może je dostać. I nie chodzi tu o moje skąpstwo.

Nie jestem skąpy, z chęcią poczęstuję swoim domowym piwem innych. Dla mnie warzenie jest najprzyjemniejszą częścią piwnej przygody. Jest celem samym w sobie. Robię piwo dla innych. Jest tylko jeden warunek – muszą one mieć jakieś pojęcie o piwie, myśleć inaczej niż „Kasztelan jest zajebisty, bo niepasteryzowany”.

Naprawdę irytujące są niektóre komentarze osób pijących domowe piwo, przy wyrobie którego spędziło się sporo czasu, wcześniej jeszcze o tym mnóstwo czytając, myśląc nad recepturą. Czasem ktoś sili się na kurtuazję i wychodzi taki potworek: „Rzeczywiście smakuje jak kupne piwo. Prawie jak Tyskie”. Takie rzeczy przy piciu stoutu… Zdarzyło się, że jedna osoba prosiła o moje domowe piwo i w końcu je dostała. Próbowałem powiedzieć w skrócie, jak ten trunek pachnie, smakuje, że to tak powinno być, że goryczka jest wyższa niż w koncerniakach i to jest normalne. Niestety, ale to co wchodziło jednym uchem, wychodziło drugim, a obdarowany piwem chciał je jak najszybciej skonsumować, czekając jak skończę swoje wywody. Nie mam o to pretensji, wystarczy przypomnieć sobie moją ekscytację, gdy dowiedziałem się, że można warzyć piwo w domu bez jakichś większych wymagań sprzętowych. Wtedy też chciałem po prostu spróbować takiego trunku, a świadomości bogactwa piwnego świata nie miałem za grosz. Natomiast takie sytuacje nie są dla mnie przyjemne.

Raz dałem komuś piwo, żeby wypił sobie w domu. Wielokrotnie tłumaczyłem, że nie można pić tego prosto z butelki oraz że trzeba przelać je do szkła, zostawiając osad na dnie butelki. Gdy jakiś czas później spotkałem się z tym człowiekiem, spytałem o to, czy piwo smakowało. Dialog wyglądał tak:

X: „No wiesz, dobre, dobre, tak. Tylko takie mętne bardzo i mocno drożdżowe…”

Ja: „Ale co, piłeś z butelki? Mówiłem, żebyś…”

X: „Nie, nie. Z kufla. Tak jak mówiłeś”

Ja: „A zostawiłeś osad na dnie butelki?”

X: „O kurczę. Zapomniałem…”

To też nie jest przyjemne dla piwowara, gdy daje komuś swoje wyroby, a ta osoba chce je wypić, wcześniej wlewając w siebie kilka mózgotrzepów, by doprowadzić się do stanu kompletnego upojenia. Ach…

Zdarzają się jednak takie sytuacje, że ktoś zainteresuje się bardziej domowym piwem. Dopytuje, prosi o wyjaśnienia. Wtedy z wielką przyjemnością oddam butelkę. Nie żeby bycie piwowarem domowym było takie straszne, jak mogło wynikać z wcześniejszej części tekstu. Taki fach robi wrażenie na innych ludziach, wyróżnia się z tłumu. Może nie na tyle, żeby panienki na ciebie od razy się rzucały, ale jest to ciekawa rzecz i od niej można zacząć rozmowę. Nie dalej jak wczoraj mijałem grupkę znajomych. Oprócz nich była jeszcze jedna nieznajoma dziewczyna. Gdy przedstawiono nas sobie, przy podawaniu dłoni usłyszałem: „Aa, to ten chłopak od piwa”. Całkiem miła i zabawna rzecz.

Zbierając wszystko do kupy, chciałbym wszystko jasno i krótko nakreślić. Jeśli w moim piwie widzisz tylko ekwiwalent Tyskiego czy czegoś podobnego, nie słuchasz tego, co mówię o nim, nie wykazujesz żadnego zainteresowania tematyką – nie dostaniesz mojego piwa. Wystarczy jednak nieco więcej iskry w Twoim oku, a sytuacja może ulec zmianie.