Można nam – Polakom – zarzucić wiele, przede wszystkim ogromne malkontenctwo, ale na pewno nie brak bogatej historii narodowej. Dzieje naszej Ojczyzny są bardzo pogmatwane, od „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną” po 123 lata niewoli i burzliwy wiek XX. Pamiętne twierdzenia rodzimych przedstawicieli romantyzmu prezentujące nasz kraj jako męczennika narodów wydają się właściwe, gdy patrzymy na późniejsze lata – II wojnę światową i prawie półwiecze narzuconego komunizmu.

 

Czy to oznacza, że współcześni Polacy na co dzień są pełni bólu, narodowej traumy i umartwiają się męczeńską historią swojego kraju? Oczywiście, że nie. Każde z nas ma własne problemy i to je próbuje rozwiązać w pierwszej kolejności. Aczkolwiek, ludzie, którym dane było żyć za czasów PRL-u, wciąż domagają się wyjaśnienia i nagłośnienia niejasności komunizmu, bo to właśnie ta epoka nadal nie została wystarczająco rozliczona. Można rozliczać poprzez książki, publikacje historyczne, ale nic tak nie trafi do przeciętnego Kowalskiego jak film.

"80 milionów" w zręczny sposób poradziło sobie z zainteresowaniem kinomanów

„80 milionów” w zręczny sposób poradziło sobie z zainteresowaniem kinomanów

Jakiś czas temu na srebrnym ekranie mogliśmy oglądać „80 milionów. Numer stulecia”. Obraz jak najbardziej dotykający poprzedniej epoki ustrojowej, ale zrobiony zgodnie z obecnymi, i to światowymi, trendami. Ot, zrobienie jak największej sensacji ze zwykłej sensacji. Realia historyczne stanowią w produkcji wyreżyserowanej przez Waldemara Krzystka o wiele bardziej tło niż docelowy punkt filmu. To bardziej zachęta dla globalnego widza, który ma wybór – „mogę się zagłębić w powojenne dzieje Polski, ale jeśli nie interesuje mnie to, film w moich oczach niewiele traci”. Z analogiczną sytuacją mamy do czynienia, patrząc na „Wszystko, co kocham” Jacka Borcucha. Tutaj sensacja została zastąpiona ujęciem młodzieńczego buntu, pierwszych kontaktów seksualnych i pasji muzycznej, a że wszystko pokazano u progu stanu wojennego, to już mniej ważne.

Nawiązanie do tych dwóch filmów nie jest przypadkowe. Takie produkcje pozwalają zrzucić z narodu „Konradowski płaszcz komuny”, który nadal na nas ciąży. I tak jak poezja w poemacie Antoniego Słonimskiego „Czarna Wiosna”, tak i współczesny film nie powinien nakreślać męczeńskiego portretu kraju. W kinematografii objawia się to ukazaniem powszechnej niesprawiedliwości systemu, w tym także nadużyć władzy oraz represji niewygodnych dla socjalistycznego ustroju. Za mało w niej uniwersalności, przez co duża liczba materiałów filmowych jest niezrozumiała już nie tylko dla miłośników kina z innych krajów, ale i dla młodych Polaków, głównie z tzw. pokolenia 89+. Docierają do coraz mocniej zaciskających się elit, a uznanie tego za sukces jest sprawą dyskusyjną. Kolejną rzeczą jest to, że psychologizowanie postaci w starszych dorobkach kinematografii jest ograniczone do minimum, a raczej nie ma go wcale, przez co trudno utożsamić się z jakimkolwiek bohaterem, robiąc to jedynie w oparciu o powierzchowne rzeczy – status społeczny, zawód, stopa życiowa, losowy wypadek. Chodzi tutaj np. o część pozycji „kina moralnego niepokoju”, gdzie główne postaci są do bólu schematyczne. Jeden typ takich charakterów to człowiek o nieskomplikowanej osobowości (np. Danielak w „Wodzireju”), drugi to inteligent lub artysta. Jednocześnie wszystkich możemy podzielić, dzięki zasadzie kontrastu, na dobrych i złych. Jak w westernach, tyle tylko że po filmach podejmujących trudniejszą tematykę oczekuje się więcej.

Czasem natomiast jest zupełnie odwrotnie. Weźmy dla przykładu jeden z nowszych filmów, „Rysę” z 2008. Tutaj odwołanie do czasów PRL-u jest enigmatyczne, ale jest tym, czym dla literatury sokół noweli. Jest tytułową rysą dla małżeństwa z wieloletnim stażem, które przez jedną pogłoskę zaczyna obumierać. Otóż kobieta otrzymuje informację, że jej mąż może nie być tym za kogo się podaje i jest byłym agentem SB. Przez to traci zaufanie do partnera i powoli wpada się w sidła depresji. Wszystko brzmi ładnie, gdy czyta się taki opis. Globalny widz też nie powinien mieć problemu z pełnym zrozumieniem filmu, tutaj w tej kwestii jest jeszcze łatwiej niż we wspomnianych „80 milionach”. Pokazanie depresji na ekranie powinno być wnikliwe, a audytorium powinno otrzymać przekonujący portret psychologiczny głównej bohaterki. Tymczasem próba wniknięcia w psychikę postaci okazała się porażką. Po pierwsze przez psychologizację „Rysa” traci zupełnie na dynamice, po drugie gra aktorska nie powala i psychologizacja prezentuje się pretensjonalnie, a widz uznaje seans za stratę czasu.

Z drugiej strony jednak – czy warto kręcić filmy, które będą i ambitne, i łatwe do zrozumienia dla ludzi z zagranicy? Gdy mówimy „globalny widz”, mamy raczej na myśli ludzi zza Oceanu, a za sukces obrazu filmowego w pierwszej kolejności uznajemy nominację do nagrody tudzież samą nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej, czyli Oscara. Tymczasem „[…] Oscary to wyłączne święto amerykańskiego filmu, a zagraniczne produkcje, którym przyznaje się nagrody miłosierdzia nie mają żadnego znaczenia” – jak mówi uznany polski reżyser Krzysztof Zanussi. Już tutaj jesteśmy marginalizowani. Jeśli chodzi o komunizm i jego zmierzch w Europie, statystyczny Amerykanin kojarzy z nim przede wszystkim spektakularny upadek Muru Berlińskiego, rzadko coś więcej. Rozszerzenie wiedzy ludzkości o polski aspekt komunizmu leży niejako w naszym interesie i wcale nie musi być to syzyfowa praca. Problemem mogą być natomiast pieniądze.

W Polsce branża filmowa nie jest na tyle rozwinięta, abyśmy mogli mówić o jej samofinansowaniu. Wciąż to państwo jest najbardziej liczącym się sponsorem. Waldemar Krzystek, twórca „Małej Moskwy”, musiał przez pieniądze czekać pięć lat na rozpoczęcie zdjęć. Przy pierwszej prośbie o dofinansowanie produkcji swojego dzieła dostał odmowę od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i jedynie list intencyjny z TVP. Niestety towarzyszyły temu względy i decyzje polityczne. Dopiero po zmianie zarządu TVP i frakcji rządzącej w kraju wart 8 milionów budżet filmu w 60% utworzyły pieniądze z telewizji publicznej, a 1,5 mln w ostatniej chwili dorzucił PISF (choć Krzystek aplikował o 4 mln zł). Sytuacja „Małej Moskwy” doskonale obrazuje trudności przy realizacji rodzimych dzieł kinowych. Brak pieniędzy sprawia, że ciężko dostosować format filmu do wymagań światowej widowni, a o kilkusetmilionowych budżetach, typowych dla kina hollywoodzkiego, możemy zapomnieć.

Jednak cały czas jesteśmy na dobrej drodze, by filmowo zaciekawić świat naszym komunizmem. Wzór na to, jak połączyć świetny wątek z historycznym tłem i prawidłami systemu, znajdziemy w „Różyczce” z Robertem Więckiewiczem w roli głównej. Mamy tutaj wystandaryzowaną, ale niebanalną opowieść o niejednoznacznej miłości obsadzoną w realiach trudnych, antysyjonistycznych lat sześćdziesiątych. Głębia psychologiczna jaką obserwujemy u Więckiewicza to dodatkowy atut filmu. Do tego dochodzą jeszcze niewymuszone, śmiałe sceny erotyczne i dobra gra aktorska, wszystko to razem wzięte powoduje, że mamy hit, którym możemy chwalić się na całym świecie. Warto wskazać też na istotę realiów, w których toczy się akcja utworu filmowego. To okres, kiedy sławne było hasło „Syjoniści do Syjonu” i zabieranie obywatelstwa ludności pochodzenia żydowskiego oraz wręczanie im biletów do Palestyny. Trzeba przyznać, że ten temat nie był szczególnie podejmowany wcześniej w polskiej kinematografii.

"Ucieczka z kina Wolność" imponowała uniwersalnością, przy zachowaniu realizmu

„Ucieczka z kina Wolność” imponowała uniwersalnością, przy zachowaniu realizmu

Innymi, jeszcze niezbyt mocno odciśniętymi krokami, były dwie pozycje kinowe, w których główne role zagrał Janusz Gajos. Pierwsza z nich, wypuszczona na światło dzienne krótko po upadku socjalizmu, „Ucieczka z kina Wolność” wskazała na problem cenzury, opierając się na historii cenzora, paradoksalnie człowieka o artystycznej duszy, który stracił gdzieś po drodze swoje ideały. Można sobie wyobrazić, że tacy właśnie ludzie nie dopuszczali do oficjalnych premier takich filmów jak wybitny „Przypadek” Kieślowskiego. Wszystkie materiały musiały czekać na upublicznienie wiele lat, taki nieszczęsny los spotkał produkcje odstawione na półki, nazwane „półkownikami”. Natomiast w czasie seansu „Tam i z powrotem” widz poznaje lekarza z niepożądaną dla dostojników systemu przeszłością, nie mogącego wyjechać z kraju do ukochanej kobiety i córki. Pomimo tęsknoty za nimi nie chce ugiąć się próbom wciągnięcia go do partii, co ułatwiłoby mu możliwość opuszczenia granic Polskiej Republiki Ludowej. Dopiero spotkanie z dawnym wojennym towarzyszem sprawia, że główny bohater decyduje się na ryzykowne posunięcie. W obu tych dziełach niepodważalnym plusem jest aktorstwo Gajosa i jego rozterki moralne. Jednak nie tylko to przyciągnęło ludzi do kin. Kluczem do sukcesu „Ucieczki…” był intrygujący, ale świetnie wykorzystany pomysł, w „Tam i z powrotem” sprawdził się znany patent na sensację i przekonujące zaprezentowanie trudnej sytuacji uciskanej jednostki w jeszcze trudniejszym okresie politycznym.

Szukając inspiracji, która pomogłaby nam zostać na torze właściwej drogi, warto spojrzeć na naszych zachodnich sąsiadów. Część mieszkańców Niemiec, dawni obywatele NRD doskonale poznali na własnej skórze, czym jest komunizm. I zrealizowali o nim takie filmy jak „Życie na podsłuchu” i „Good bye, Lenin!”. Szczególnie ten drugi rozszedł się szerokim echem po całym świecie, przynajmniej kultury Zachodu. Potrafił rozśmieszyć, ale co ważniejsze skłonić do refleksji, pokazać mentalność człowieka socjalizmu.

Amerykanie w "Enigmie" znacznie nagięli fakty

Amerykanie w „Enigmie” znacznie nagięli fakty

Pewne wątpliwości pojawiają się przy dostosowywaniu konstrukcji filmu do potrzeb światowej widowni. Dotyczy to kwestii w której szczególnie lubują się Amerykanie – czyli naginania faktów. Przez ich działania ucierpieli też Polacy. To przez projekcję „Enigma” niektórzy ludzie myślą, że tytułową maszynę naprawdę rozkodowali jankesi, a nie nasi wybitni rodacy. Czy polska kinematografia, by stać się bardziej atrakcyjna, powinna sięgać po takie kłamstwa historyczne? Na pewno nie. Problem cenzury, ateizacja społeczeństwa, morderstwa „zaplutych karłów reakcji” po II wojnie światowej, asymilacja ludności żydowskiej, strach w okresie stalinizmu, działalność Radia Wolna Europa, masowe ucieczki na Zachód, reglamentacja żywności, powszechne niezadowolenie społeczeństwa… Komunizm, mimo iż nie był najlepszym systemem społecznym, dostarczył taką mnogość tematów na film, że moglibyśmy wydawać rocznie tyle tytułów, ile Bollywood. Problemem są za to pieniądze i to chyba po części właśnie przez komunizm. Cóż, nie doczekamy się już czasów, kiedy „czy się stoi, czy się leży – dwa tysiące się należy”.