Jeśli ktoś lubi thrillery prawnicze, John Grisham  to najlepszy pisarz dla niego. Twórca „Firmy” to mój ulubiony pisarz. Dlaczego warto czytać jego książki?

To, że John Grisham jest moim ulubionym pisarzem, wcale nie oznacza jakiejś jego wybitności. Jest nawet inaczej w pewnych kwestiach – powieści Amerykanina są schematyczne, w pewnych kwestiach  idzie na łatwiznę, co jeszcze rozwinę później. Nie wiem, czy w pierwszej dziesiątce najlepszych książek jakie przeczytałem w życiu, umieściłbym choćby jedną autorstwa Grishama. Pewnie nie. Jednak w przypadku ulubionych rzeczy nie zawsze o wybitność chodzi.

Grisham potrafi jednak w świetny sposób oddać ducha amerykańskiego systemu sądownictwa, pokazując pewne mechanizmy, które nie są na ogół znane dla przeciętnego człowieka. Dzięki temu czytelnik jest bardziej świadomy rzeczy na pozór dalekich od codziennego życia, a tak naprawdę dotykających  nas na każdym kroku. Plusem jego stylu pisania jest pokazanie jednej sytuacji z wielu perspektyw. Jesteśmy prowadzeni za rączkę po świecie ludzi ubogich, mieszkających w przyczepach kempingowych, ale również po rejonach, gdzie zwykłemu śmiertelnikowi nigdy nie będzie dane być. I tu też przechodzimy do cechy szczególnej w twórczości Johna Grishama.

CAM00187

Powieści tego pisarza w przeważającej części oparte są na jednym schemacie. Mamy prawnika – czasem  dopiero zaczynającego karierę, czasami już szanowanego adwokata z życiem na wysokim poziomie. Ów prawnik to tzw. „street layer” – co oznacza osobę, która pomaga szarym ludziom, nie korporacjom czy towarzystwom ubezpieczeniowym. Zdaje się, że Grisham ma awersję do tych dwóch form działalności, bo często przedstawia je w negatywnym świetle. To jest właśnie kolejny element schematu. Po drugiej stronie barykady stoją wspomniane grupy lub świat wielkiej polityki. Zdarza się, że wszystkie te trzy rzeczy są powiązane. Street layer zawsze ma jakieś problemy, najczęściej z pieniędzmi,  gdyż z chęcią pomaga biednym, choć nie tak do końca bezinteresownie. Biorąc trudne sprawy, ma nadzieję na zwiększenie swojej pozycji w branży. Rywalem głównego bohatera  może być prokurator, który w planach ma zostanie senatorem lub prawnik kasujący korporację na 300 dolców za każdą godzinę pracy. Częstokroć dla kontrastu mamy jakąś osobę, która jest niewinna i czysta jak łza.

Autor idzie na łatwiznę, jak już wcześniej napisałem. Skończył prawo, przez kilka lat prowadził praktykę prawniczą. Dorastał w stanie Missisipi. Bardzo lubi baseball. Czemu o tym piszę? Dlatego, że te rzeczy są uwzględnione w jego książkach. Akcja w większości dzieje się w Missisipi, dotyczy konfliktów z prawem, a baseball czasami jest kluczową kwestią dla fabuły. Dzięki swoim zainteresowaniom i doświadczeniom, Grisham nie musi się szczególnie wysilać przy pisaniu kolejnych powieści. A ma ich całkiem sporo i trzeba przyznać, że już jego pierwsza była bardzo mocną pozycją. „Czas zabijania” pokazywał Stany Zjednoczone, a przynajmniej ich południową część jako coś zupełnie innego niż sobie wyobrażamy. Że kraj imigrantów? Tygiel narodów? Mieszanka kultur? Nic z tych rzeczy. Rasizm, pogarda dla czarnoskórych to rzeczy będące na porządku dziennym. Zdarzają się też jakieś odniesienia do przeszłości, do haniebnej działalności Ku-Klux-Klanu.

W jego thrillerach prawniczych urzekła mnie tematyka, ale też kwestie bardziej techniczne jak krótkie rozdziały (po 10 stron zazwyczaj) i dość prosty, przystępny język. Jest on też bezpretensjonalny, ale zarazem bardzo żywy, częstokroć dopełniony slangiem. Powieści tego autora czytam już tylko w oryginale, czyli w języku angielskim i mają one wielki walor, jeśli chodzi o naukę angola. Jeśli komuś podobał się jeden z najwybitniejszych filmów w światowej kinematografii, czyli „12 gniewnych ludzi”, ten doceni książki Johna Grishama. Choć nie wybitne, to i tak są świetne.