Pierwszy boom hiphopowy przypadający na lata 2003-2004 nie był dobrym okresem dla polskich raperów. Media pokazywały ugładzony i dostosowany do masowej publiczności wizerunek kultury hip hop. Z tego czasu pochodzi również pejoratywne określenie – hiphopolo. Z perspektywy lat ten krytykowany odłam rapu nie wydaje się mi być takim złym.

 

Z hiphopolem utożsamiamy przede wszystkim artystów z UMC Records – nie istniejącej już wytwórni, która została przemianowana na My Music. Tam jest obecnie Eldo, kiedyś był też Bisz z formacją B.O.K.. UMC zyskało sobie złą sławę, promując miałkie utwory Meza, Ascetoholix, a także dziś już szanowanego w środowisku Hansa z 52 Dębięc.

www_hhbd_pl_umc_records-logo

Pisząc o tych wydarzeniach, musimy mieć na uwadze, że pierwsze lata nowego wieku to okres uniezależnienia się wielu raperów. Powstało niezależne Prosto, które do dziś rozwija się bardzo prężnie. Były to również czasy intensywnego rozwoju samej muzyki. Wychodziły klasyczne teraz płyty duetu Pezet/Noon czy ponadczasowy album Eisa. Szerzej dał się poznać Ten Typ Mes – wraz z Emilem Blefem jako Flexxip wydali „Fach”. Już wtedy polski rap był na takim poziomie, by zachwycać także niehiphopową publiczność.

I fakt faktem tak też było. Jednak jak to często bywa – wybrano najgorszą z możliwych dróg. Zamiast promować esencję rodzimego rapu, spróbowano wprowadzić nową jakość – dla świadomych fanów było to rzecz jasna nie do przyjęcia. Przekaz stał się płytki, muzycznie postawiono na łatwo wpadające w ucho melodyjki.

UMC Records sprzedawało prawa do utworów swoich artystów właścicielom młodzieżowych gazet takich jak Bravo czy Popcorn. Co ciekawe, w ślad za UMC poszli wydawcy bardziej szanowanych dziś raperów, którzy także znaleźli się na tego rodzaju składankach.

UMC Records sprzedawało prawa do utworów swoich artystów właścicielom młodzieżowych gazet takich jak Bravo czy Popcorn. Co ciekawe, w ślad za UMC poszli wydawcy bardziej szanowanych dziś raperów, którzy także znaleźli się na tego rodzaju składankach.

Zyskiwali na tym wszyscy zaangażowani – prócz korzennych wykonawców. Nic dziwnego, że raperzy w końcu wybuchali agresją i piętnowali mocno nowy gatunek – bo tak trzeba to zdefiniować – który nazwali hiphopolo. Z tego okresu pochodzi szczególnie ważny dla polskiego rapu beef Mesa z Mezo. Oprócz sporu o ksywę, poszło o muzykę.

Beef pokazał, że przejście na bardziej popową drogę muzyczną nie musi wcale oznaczać utraty pazura. Mezo składał pancze, nie ustępując warszawiakowi w żaden sposób. Do dziś nie ma jasnego rozstrzygnięcia, co to zwycięstwa. To świadczy, że obaj raperzy pokazali się z dobrej strony.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=o2quXbADN-s]

Za to możemy ocenić, kto wygrał, jeśli chodzi o wybór drogi artystycznej. Dziś Mezo jest pomijany, płyty nie sprzedają się za dobrze, koncertuje tylko na festynowych wydarzeniach. Ten Typ Mes z kolei ma wiernych fanów, jest współwłaścicielem wytwórni, koncertuje w wielu polskich miastach i zagranicą. A płyty schodzą z półek.

W UMC wychodziły też płyty wyższej klasy, które jednak nie mogły odnaleźć się na ówczesnym rynku.

W UMC wychodziły też płyty wyższej klasy, które jednak nie mogły odnaleźć się na ówczesnym rynku.

Może i hiphopolo było zjawiskiem negatywnym. Może i skończyło hiphopową karierę całkiem dobrego rapera, jakim był swego czasu Mezo. Dziś jego ksywa budzi tylko politowanie. Może i hiphopolo popsuło wizerunek hip hopu na jakiś czas. Jednak i tak wolę taki rap niż obecne popisy „wielkich, prawdziwych”, którzy „dorośli do rapu”. Może i mam jakiś sentyment do hiphopolowców, bo słuchałem ich sporo dawno temu. Nie cierpię dzisiejszego pozerstwa, nagrywania pod gimbusów, przypałowych akcji raperów. I nikt mi nie powie, że liczy się przekaz i takie tam. W niektórych przypadkach przekazu jest mniej niż w hiphopolo. I tak z płyty na płytę. W końcu ciemny lud i tak to kupi.