Źródło: metalsucks.net

Źródło: metalsucks.net

2015 to był dobry rok, zwłaszcza w polskim hip-hopie liczyło się to. Tak rzeczywiście było, szkoda jedynie że osoba do której odnosi się ten follow-up zawiodła. Ale wszystko po kolei.

Nie ma co się oszukiwać. To był dobry rok dla polskiego hip-hopu. Jednakże nie był to rok przełomowy, choć na szczęście kilka jaskółek zwiastujących jeszcze lepsze czasy się pojawiło. 2015 zaskakiwał, sprawiał przykre niespodzianki, pewniacy zawodzili, dawno skreśleni z listy najlepszych wrócili na nią z hukiem. Rodzimy rap zaczął rozpychać się jeszcze bardziej. Jakie płyty odniosły sukces, a jakie projekty zawiodły?

Na pierwszy rzut idą porażki tego roku:

3. Rasmentalism „Wyszli coś zjeść”

Album po którym oczekiwano bardzo dużo. Legalny debiut Rasa i Menta – „Za młodzi na Heroda” – był idealnym przykładem na wejście w pełnoetatowy rap biznes z pierdolnięciem. Płyta nie schodziła ze słuchawek przez długie miesiące. Tymczasem „Wyszli coś zjeść” to wytwór bez duszy, bez błysku geniusza prostoty, którego było pełno na debiucie. Nawet tak chwalony kawałek „Byłoby łatwiej” przegrywa z utworem VNM-a w kategorii utworów o rodzicach minionego roku.

2. Hukos „Wielkie wojny małych ludzi”

Nadal nie mogę uwierzyć, że raper, który tekstowo normalnie jest ścisłą czołówką polskiej sceny, nagrał tak powierzchowną płytę. Z jednej strony padają tutaj mocne i przemyślane wersy, z drugiej – tych banalnych także jest mnóstwo. Czarę goryczy przelewają słabe bity oraz nieśmiałe – ale rzucające się w uszy – próby pójścia w newschool, które tutaj wypadają blado. Album ma swoje lepsze momenty, ale i tak całość zawodzi. Naprawdę.

1. Zeus „Jest super”

To miał być ten artysta, który nie dość, że nigdy nie zawodzi, to jeszcze zawsze zmiata scenę. Tak było po „Co nie ma sobie równych”, „Albumie Zeusa”, „Jak mogłeś?” oraz „Nie żyje”. I na tym się skończyło. Na najnowszej produkcji banał goni banał, słuchając większości wersów, można tylko się zastanawiać, jakie wyobrażenie swojego zwykłego słuchacza ma Zeus. Bo ci, którzy byli z nim od dawna, powinni poczuć się oszukani, zdradzeni, a w najlepszym wypadku – pominięci. Miejmy nadzieję, że to wypadek przy pracy. „Jest super” bez zastanowienia uznaję za zawód roku 2015.

Jak natomiast wyglądają najlepsze płyty 2015 roku w polskim rapie?

Wyróżnienia:

BonSoul „Lepiej nie pytać” – mocny, klasyczny rap w najlepszym wydaniu

Zeus „Winda na 5. EP” – epka, która pokazuje, że Zeus wciąż może pozamiatać mimo nieudanego longplaya

Soulpete „RAW” – jeden z najlepszych polskich albumów producenckich

TOP5:

5. Taco Hemingway „Umowa o dzieło”

Taco Hemingway to zjawisko socjokulturowe, o którym można napisać świetną rozprawę doktorską i kilka prac magisterskich. Nie bez przyczyny piszę o tym w ten sposób. Rap warszawiaka to awangarda dla inteligencji, czy jak kto woli – prekariatu. W końcu coś prawdziwie nowego, zupełnie oderwanego od dotychczasowego polskiego hip-hopu. Czy aż takie niesamowite? Śmiem wątpić, jednak na pewno jest to coś dobrego i wyróżniającego się.

4. VNM „Klaud N9JN”

Do Fała zawsze byłem ambiwalentnie nastawiony. Problemy z dykcją i jednoczesne przechwałki o swoim flow gryzły się z tworzeniem dobrych bengerów i uchem do bitów. Album „Klaud N9JN” ostatecznie mnie przekonał do VNM-a. To konceptualny album, gdzie w zasadzie wszystkie numery są przynajmniej dobre. Wyrównany  poziom to też coś, czego brakowało wcześniejszym płytom. Tutaj naprawdę trzeba pogratulować raperowi pomysłu zarówno na całą koncepcję, jak i na poszczególne utwory. Gratuluję!

3. Dwa Sławy „Ludzie sztosy”

Może nie był to tak niesamowity debiut jak u Rasa i Menta w 2013, ale i tak łódzcy raperzy mocno namieszali w minionym roku. Również ich życie bardzo się dzięki temu zmieniło. Zdecydowane pójście w nowoczesne brzmienia wyszło temu duetowi na dobre i można zaryzykować stwierdzenie, że w dużej mierze pomogło osiągnąć taki sukces. Może i album z czasem się znudził, z tego powodu, że głównym atutem u Jarka i Radka są błyskotliwe wersy i pomysły na ich budowę, które z czasem tracą swój blask. Niemniej jednak po dłuższej przerwie od tej płyty jej odsłuch wciąż powoduje uśmiech na twarzy. No i oczywiście na koncertach jest ogień, z czego Łódź jest znana w całej Polsce.

2. Zaburzenia „Igły”

Kubę Witka muzycznie znam od czasów „Get Fejm Or Die Tryin” nagranego wraz z duetem producenckim Voskovy. Wtedy była to nadzieja podziemia, która mogła nieźle namieszać. Jednak potem nieco zwątpiłem w Kubę, a że dobrych płyt w polskim rapie od tego czasu wyszło sporo – niemal o nim zapomniałem. Kiedy w grudniu o albumie „Igły” zaczęło robić się coraz głośniej, postanowiłem się z nim zapoznać. Już pierwszy numer na trackliście powodował ciary na plecach. Całość jest niesamowicie klimatyczna i dojrzała. W momencie kiedy piszę to zdanie, na słuchawkach lecą najświeższe wersy dawnego (?) Tusza na rękach. Polecam każdemu to unikalne połączenie refleksji i wysmakowanego, eksperymentalnego brzmienia.

1. O.S.T.R  „Podróż zwana życiem”

O.S.T.R. "Podróż zwana życiem". Autorem okładki jest Forin.

Ostry przez wiele lat należał do raperów przeze mnie skreślonych – wraz z Peją i Pihem mogli kłócić się o to, który z nich jest bardziej wypalony i wtórny. Podobnie jak dwaj wspomniani panowie, Ostry tkwił w swojej strefie komfortu, bezpiecznie nagrywając albumy skalibrowane pod kątem najgorliwszych – często nieracjonalnie przychylnych – fanów. To całkowicie (no prawie) zmieniło się na „Podróży…”. Dużym bodźcem ku temu była trudna sytuacja ze zdrowiem, ale sprawiło to, że Ostrowski nagrał jedną z najlepszych płyt w swojej bardzo bogatej karierze. Kto wie, czy nie najlepszą. W końcu łodzianin skończył z banałami i udowodnił, że wciąż ma coś do powiedzenia, niekoniecznie przy użyciu populizmu, z którym był kojarzony od swojego debiutu. Do tego produkcyjna współpraca z Holendrami w ramach Killing Skills zaprocentowała. „Podróż zwana życiem” to longplay, który łączy najwierniejszych fanów z tymi, którzy odpuścili sobie wcześniej muzykę Ostrego. To najlepsza płyta roku 2015.