Źródło: Browar Zamkowy Cieszyn

Źródło: Browar Zamkowy Cieszyn

5 grudnia miał premierę kolejny – siódmy już – Grand Champion. Tym razem euforii nie było.

Grand Champion to marzenie każdego polskiego piwowara domowego. Bez dwóch zdań to najbardziej znaczące wyróżnienie w swojej dziedzinie. Choć mamy coraz więcej konkursów piwowarskich, gdzie nagrodą główną jest uwarzenie piwa według swojej receptury w komercyjnym browarze, Grand Champion to wciąż coś wyjątkowego. Niestety jednak – coraz mniej wyjątkowego.

Jeszcze w 2013 roku, sporo przed Mikołajkami mówiło się o zwycięskim piwie. Ostatnie dni przed premierą to był prawdziwy szał. Co chwila pojawiały się jakieś przecieki: „Udało mi się kupić w tym i tym Tesco”, „Kupiłem karton” itd.. W 2013 roku Grupa Żywiec – bo to ona organizowała i festiwal Birofilia, i warzenie Grand Championa – zdecydowała się na dystrybucję w sieci hipermarketów Tesco. Wcześniej istniała możliwość kupna piwa 6 grudnia w Almie. Grand Champion 2013 był piwem, mającym niezwykłą otoczkę. Było to pierwsze Imperial IPA warzone na naprawdę sporą skalę. Obecność piwa w Tesco oznaczała względnie dobrą dostępność dla zainteresowanych piwoszy. To właśnie wtedy mocniej zaświeciła gwiazda Czesława Dziełaka, który święcił największe triumfy.

W roku 2014 Grand Champion nie był już aż takim wydarzeniem, ale wciąż trzymał się nieźle. Pewnego rodzaju magią było powtórne zwycięstwo Czesława Dziełaka. Znów piwo trafiło do Tesco. Jednak już niedługo potem zaczęły krążyć plotki, jakoby pod pretekstem cięcia kosztów miałyby zostać zawieszone Birofilia – festiwal ściśle związany z Grand Championem. I to w końcu stało się faktem. Grupa Żywiec postanowiła nie organizować w 2015 tego święta piwoszy, które przez lata stało się uznaną marką. Opinie o tym zagraniu koncernu były różne. Niemniej jednak niewielu płakało z tego powodu. Głośniejsze były głosy, że festiwale piw rzemieślniczych w całości zrekompensują stratę, najpewniej jeszcze z nawiązką.

Analogiczne zdania pojawiają się teraz w kontekście Grand Championa. Nie ma ekscytacji, szczególnie gdy na rynku pojawiają się setki nowych piw rocznie. Piw różnych, dostarczających szeroki wachlarz smaków i aromatów. Grand Champion nie jest już wspierany przez Grupę Żywiec – przynajmniej nie bezpośrednio, a przez Bracki Browar Zamkowy w Cieszynie. Ma on autonomię w prowadzeniu działalności, choć tak naprawdę powiązania z GŻ nie są do końca jasne. Pewnie przez to działanie marketing premiery zwycięskiego piwa nie stoi już na tak wysokim poziomie. W oczy bije brak dedykowanego szkła. Butelek nie ujrzymy też na półkach w Tesco. Rok temu pisałem o lepszej współpracy na polu dystrybucji w sieci tych hipermarketów. Tymczasem dziś tej współpracy nie ma w ogóle.

Na pewno organizacyjnie jest gorzej niż w latach poprzednich. Jednak mam nieodparte – i pewnie słuszne – wrażenie, że zwykli miłośnicy dobrego piwa po prostu odwrócili się od Grand Championa. Dziś wystarczy wejść do multitapu i bardzo często możemy znaleźć tam jakieś perełki. Podobnie rzecz się ma do piw butelkowych w sklepach specjalistycznych. Jednak trochę jest mi przykro, że ludzie mniej ekscytują się Grand Championem niż zwykłą premierą losowego piwa rzemieślniczego. Nie zapominajmy, że chodzi wciąż o wersję komercyjną domowego piwa, które w drodze po zwycięstwo pokonało setki innych. Pokazuje to klasę piwowarów. W tym roku browar w Cieszynie musiał poradzić sobie z piwem kwaśnym. Miał na to mało czasu. Chodziło o warzenie kwacha na niespotykaną wcześniej w Polsce skali. I wszystko zakończyło się  sukcesem. Ma to wielką wartość dodaną i powinno intrygować. Tymczasem jest coraz gorzej. Co będzie za rok?