IMG_1795

Tegoroczny Grand Champion to piwo kwaśne, a więc pewnego rodzaju ewenement. Jak wyszło?

O tegorocznej atmosferze premiery Grand Championa pisałem już w zeszłym tygodniu. Ogólnie cała otoczka marketingowa i zainteresowanie ludzi wygląda bardzo słabo. Pamiętajmy jednak, że najważniejsze jest samo piwo. Czy jest ono hitem czy kitem?

Red Roeselare Ale to piwo, które początkowo przeszło klasyczną fermentację drożdżami S-33. Dopiero potem do gry weszły inne mikroorganizmy, które miały nadać piwu nieco dzikości. Jednak owa dzikość – przez pierwotną fermentację – nie powinna być jakaś silna. Co innego gdyby od początku sprawę przejęły dzikie drożdże i bakterie. Jednak wtedy fermentacja trwałaby znacznie dłużej. Na szczęście zabieg skorzystania wpierw z S-33 nie był ułatwieniem ze strony browaru. Tak samo zrobili zwycięzcy konkursu piw domowych – Piotr Terka i Piotr Marczyk – w domowej wersji. Wprowadzone inne, mniejsze zmiany do receptury, ale w przypadku takiej zmiany skali warzonego piwa jest to nieuniknione.

Powiem szczerze, że nie mam jakiegoś dużego doświadczenia z piwami kwaśnymi. Lubię się ich napić, ale tylko od czasu do czasu, a i dostępność takich piw wciąż nie jest w Polsce wystarczalna. Dlatego tym lepiej, że Grand Championem został kwach. W tym przypadku miałem okazję napić się zarówno wersji butelkowanej, jak i lanej w pubie. Czy zauważyłem jakieś różnice? Najpierw skosztowałem piwa z beczki. Miało ciekawy aromat, który uwydatnił się jeszcze bardziej po krótkim ogrzaniu. Pojawiała się nuta winna i aromat dojrzałej wiśni. Wszystko tak jak powinno być. Jednak najlepsze dopiero było przede mną. W smaku wymienione nuty były jeszcze silniejsze. Wyczuwalne były też taniny, które najbardziej atakowały po przełknięciu. W przypadku standardowych piw byłby to dla mnie wielki minus, ale tutaj taki był zamysł. Chodziło o to, że piwo ma być podobne do czerwonego, wytrawnego wina. Powiedziałbym, że tegoroczny Grand Champion jest bardzo pijalny,  jednak pod koniec alkohol przeszkadzał coraz bardziej. W tym przypadku też jest to minus.

Następnego dnia spróbowałem wersji butelkowej. Już na spokojnie, w samotności. Dzięki temu też mogłem skupić się dużo bardziej na piwie. Temperatura początkowa była nieco wyższa niż poprzedniego dnia w multitapie, dlatego aromaty były silniejsze, ale alkohol był mniej wyczuwalny. Mimo, że piwo było bardzo pijalne (oczywiście jak na kwasa), piłem je powoli, delektując się nim. Kwaśność była na trochę wyższym poziomie niż w wersji z beczki, ale i tak daleko jej było do ekstremum. Myślę, że dla osób, które chcą zacząć przygodę z kwachami, będzie to dobre piwo na początek. Nie odstrasza, przypomina czerwone, wytrawne wino.

Moim zdaniem Grand Champion 2015 jest piwem udanym. Trochę też przełomowym – w końcu nikt nie uwarzył w Polsce kwaśnego piwa na taką skalę. Ma duże walory, mimo że nie jest pozbawione wad. Sam z chęcią powtórzę je w przyszłości. A jakie są Wasze opinie?