Kadr z filmu "Django"

Kadr z filmu „Django”

Filmowe evergreeny przy których piwo smakuje jeszcze lepiej, a czas mija błogo.

Pojęcie evergreen odnosi się do muzyki i oznacza utwór, który mimo swojego poczciwego wieku wciąż jest często grany w radiu i nucony przez nas w różnych sytuacjach. Często nawet nie zdajemy sobie sprawy, kto jest autorem piosenki. Dla mnie najlepszym przykładem muzycznego evergreenu jest „What a Wonderful World” Louisa Armstronga. Nie ukrywam jednak, że mam swoje prywatne. Kryterium czasowe to okres przynajmniej 20 lat od czasu pojawienia się utworu. Dziś jednak chciałbym napisać o filmowych evergreenach, idealnych do swobodnego spędzania czasu z piwem, najlepiej w gronie przyjaciół.

Zmieniłem nieco kryterium czasowe, choć i tak najmłodszy film tu wymieniony ma 13 lat. Z całym szacunkiem do kinematografii, to jednak jej dzieła starzeją się szybciej niż utwory muzyczne. Czym powinny charakteryzować się filmowe evergreeny? Niezapomnianymi tekstami, błyskotliwymi dialogami, może lekko absurdalnym humorem. Również dobrze, jak przemycają nieco ważniejsze treści gdzieś w tle, choć nie jest to warunek konieczny.

Oto moi faworyci:

Chłopaki nie płaczą (Polska, 2000)

Absolutny klasyk polskiej komedii. Widać wyraźne inspiracje pierwszymi filmami Tarantino. Humorystyczny obrazek polskiej gangsterki. No i świetne teksty, które trwale zakorzeniły się w codziennych rozmowach. Kto nie zna słynnej przemowy Laski? Świetnej, zupełnie innej od wszystkich, roli Cezarego Pazury?

Miś (Polska, 1980)

W ogóle komedie Barei to świetny pomysł na wieczór. Jednak „Miś” to najbardziej kultowa pozycja w filmografii reżysera. Mimo, że okres PRL-u znam tylko z opowieści i po trochu jeszcze z mentalności pozostałej u niektórych ludzi, ten film jest dla mnie cudowny. Ciekawe, czy będzie on zrozumiały dla następnych pokoleń? Być może niekoniecznie.

Dzień świra (Polska, 2002)

Wciąż się zastanawiam, który film – „Chłopaki nie płaczą” czy „Dzień świra” – obejrzałem więcej razy. O ile ten pierwszy to czysta komedia, to w dziele Koterskiego częściej do głosu dochodzi gorycz życia. Niemniej jednak również i humoru jest tutaj sporo. Przemyślane, wbijające się w pamięć dialogi i monologi sprawiają, że to także świetna pozycja na wieczór przy piwie. Obejrzałem wszystkie filmy łódzkiego reżysera i niektóre z nich nadają się wyłącznie do obejrzenia w samotności, bo nie ma w nich za grosz pozytywnej wizji świata. Natomiast „Dzień świra” jest bardzo uniwersalny.

Kiler (Polska, 1997)

Świetny scenariusz, dobra gra aktorska zaowocowały sukcesem. To czysta rozrywka, w iście hollywoodzkim stylu. Pazura udowadnia, że jest wielki, a Kożuchowska nie irytuje. Cudo.

Vabank (Polska, 1981)

Tutaj również mamy do czynienia z niebanalną historią (w końcu reżyserem jest Juliusz Machulski, tak jak i w poprzednim przypadku). Niemal doskonałe oddanie realiów lat przedwojennych (bardziej uważni dostrzegą kilka błędów technicznych). Niby jest to polskie „Żądło”, choć dla mnie o wiele lepsze od pierwowzoru. Wybitna komedia dżentelmeńska.

Sprzedawcy (USA, 1994)

Do tej pozycji jestem chyba najmocniej przywiązany. To pewnie dlatego, że w sposób dobitny pokazuje życie dwudziestoparolatków, do których sam się obecnie zaliczam. Wulgarne teksty, brak tabu, absurdalny humor, niejako tragizm postaci – uwielbiam to, choć „nie miało mnie tu dzisiaj być”. Sequel jest utrzymany na podobnym, wysokim poziomie, więc od razu można sobie zrobić dłuższy wieczór z większą ilością dobrego piwa.

American Beauty (USA, 1999)

Dla mnie to film bardzo podobny do „Dnia świra”, tyle że humoru w nim znacznie więcej i w całości jest bardziej strawny. Pokazuje jak zakłamanym społeczeństwem jesteśmy, każdy okazuje się być kimś zupełnie innym niż pokazuje na pozór. „American Beauty” ma swoje wielkie momenty, niezapomniane sceny. Warto sięgnąć po tę pozycję.

Lody na patyku (Izrael, 1978)

Sam nie wiem, który film z serii (a jest ich 8 i dziewiąty nagrany po latach) jest dla mnie najlepszy. Pierwsza komedia erotyczna? Ma to też swój urok, nie powiem, że nie. Co mnie najbardziej intryguje to beztroskie życie głównych bohaterów, przeplatane wzruszającymi momentami, w czasach bez komórek i komputerów. Bardzo dobra rzecz. Podobny klimat możemy zobaczyć w amerykańskim „Świntuchu” z podobnego okresu.

A jakie filmowe evergreeny Wam towarzyszą przy piciu piwa?