Nie pamiętam, aby jakikolwiek rok zaczął się tak dobrze dla polskiego rapu jak 2015. „Ludzie sztosy” Dwóch Sławów to naprawdę mocne wejście z buta w rapgrę.

Po poprzedniej płycie Dwóch Sławów przylgnęła do nich łatka, kojarząca ich poczynania muzyczne z nurtem „comedy rap”. Porównywano ich do starszych albumów Łony, który również bawił się konceptami,  błyszcząc przy tym inteligencją i ironią. Osobiście mam pewien kłopot z jego rapem, bo niestety ale po kilku odsłuchach albumu jestem już znudzony. Wrażenie robi pierwszy kontakt, kiedy patenty na utwory wydają się być niesamowite. Wiele osób podobnie mówi o Astku i Radosnym – druga legalna płyta bez dwóch zdań udowadnia, że jest zupełnie inaczej.

Od strony rapowej „Ludzie sztosy” to album kompletny. Składa się na to kilka czynników. Wysokie umiejętności poruszania się po bitach obu raperów udowadniają, że w kwestii flow są oni czołówką Polski. Sławy używając hashtagów po swojemu, pokazują, że ten zabieg w rapie naprawdę może mieć sens. Przy okazji słuchacz musi nieco wysilić się intelektualnie (lub zajrzeć na Rap Genius), by poznać wielorakie znaczenie niektórych wersów. Część z nich odkrywa się dopiero po którymś przesłuchaniu i nawet prostackie wersy mogą mieć podwójne dno.

Łódzcy raperzy wyśmiewają schematy stosowane w polskim rapie. Robią to inteligentnie – sami wchodzą w daną konwencję, pokazując jej błazenadę. Do tego, przy pomocy aluzji i umiejętnie dobranych słów, wbijają szpilki w kolegów po fachu. Wersów takich jak te:

Lubię słuchać bragga i słuchać pogody/Ale czasem nie wierzę, co mi ten góral pierdoli

z poprzedniej płyty jest tutaj więcej. Nie tylko same subtelne ataki na innych pokazują siłę Dwóch Sławów. Robią to również inne nawiązania do zdarzeń związanych z krajowym rapem. Czy to follow-up do Tego Typa Mesa z dissu „Nagła śmierć” na Mezo, czy to odniesienie do pamiętnej bitwy w Płocku sprzed ponad dekady – wszystko brzmi świetnie.

To, że bity wydają się nieco zbyt płaskie, nie jest jakimś wielkim minusem. I tak główną rolę na tym albumie bez dwóch zdań grają Sławy. Królują na każdym kroku, bawiąc się flow, zaskakując słuchacza pomysłem. I co najważniejsze – wszystko ma ręce i nogi, jest spójne, nawet pewne niuanse pokazują, że mamy do czynienia z przemyślaną całością. Tę płytę da się słuchać na wiele sposobów. Można skupić się na zabawach słownych, na rozkminianiu wersów miejscami wybitnie złożonych, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby jedynie posłuchać muzyki z przyjemnością. Bo „Ludzie sztosy” to album bardzo dobry, innym polskim raperom powinno się zrobić wstyd po zapoznaniu się z takim czymś.

Mam nadzieję, że Astek i Radosny wybiją się na tej płycie, tak jak Rasmentalism w 2013 roku. Sukces marketingowy jest bardzo możliwy. Zaproszenie na płytę Quebonafide oraz ogólnie duży szum wokół „Ludzi Sztosów” wskazują, że powinno być dobrze. Łódzcy raperzy pokazują jak wejść na wyższy poziom bez zatracenia swojego oryginalnego stylu. Na tę chwilę Łódź rządzi. Czy ktoś przebije Dwóch Sławów?