Czyżby Ostry wrócił do formy? [RECENZJA]

O.S.T.R. "Podróż zwana życiem". Autorem okładki jest Forin.

O.S.T.R. „Podróż zwana życiem”. Autorem okładki jest Forin.

Adam Ostrowski to człowiek-instytucja. Hiphopowa oczywiście. Autor wielu złotych i platynowych płyt.  Także jego najnowsza płyta – „Podróż zwana życiem” – zdążyła już się pokryć platyną. Opinie zbiera niezłe. Czy to rzeczywiście powrót to najwyższej  formy? Czy tylko dobry prognostyk na przyszłość?

O.S.T.R. to taka dziwna postać na hiphopowej scenie. Nie pojawia się w branżowych mediach, nie ujrzymy w nich wywiadu przeprowadzonego z nim. Ostatnio jednak ukazał się krótki materiał o jego nowym albumie w TVP Kultura. Choć to oczywiście nic wielkiego. Pojawiały się w przeszłości głosy, że łódzki raper i producent ucierpi jeszcze na odcięciu się od medialnej promocji, co zapieczętował utworem „Sram na media” z 2002 roku. Tymczasem widać, że wiedzie mu się bardzo dobrze.

Przyznam szczerze, że nie przesłuchałem w całości żadnego z jego solowych czy kolaboracyjnych albumów od czasu wydania „Jazz, dwa, trzy”. Natomiast ostatni, który mi się podobał to „O.C.B”. Ostry nudził, miejscami irytował, rzucając trywialnymi wersami. Jednak nawet w tym czasie go lubiłem, ale bardziej pod kątem koncertów. Pamiętam też sytuację sprzed bodaj dwóch lat, kiedy to Ostrowski prowadził wykład na moim wydziale. „Upadek autorytetu mediów” – tak zatytułowane było to spotkanie. Co prawda wywody łodzianina w ogóle nie były związane z tematem, to jednak uśmiałem się niebywale, słuchając anegdot o codziennym życiu rapera. Adam Ostrowski po prostu zapewniał mi duże dawki rozrywki. Taką rolę pełnił w moim życiu związanym z muzyką.

Zachęcony bardzo pozytywnymi opiniami postanowiłem sprawdzić nową płytę Ostera. Została ona wyprodukowana przez holendersko-polską ekipę Killing Skills, gdzie rodzimym elementem jest właśnie Adam Ostrowski. Wiedziałem, że brzmieniowych rewolucji nie powinienem się spodziewać. Natomiast bardziej interesowało mnie, jak wypadnie O.S.T.R. w roli rapera. Powiększenie rodziny o kolejnego syna na pewno jest wielkim wydarzeniem w życiu mężczyzny. Liczyłem, że jakoś odbije się to na tekstach, bo te do tej pory jakoś nie zachwycały.

Teksty na szczęście uległy sporej poprawie. Czasem  może zdarzają się słabsze  linijki, ocierające się o banał lub te, którym bardzo daleko od oryginalności (np. „każda kurwa była kiedyś dziewicą”). Nie znajdziemy na „Podróży zwanej życiem” tekstowej rewolty, bo choćby przeczytawszy parę wersów  na ekranie monitora bardzo łatwo poznać, że to Ostry. Tematyka też nie jest niczym nowym. Pojawia się oczywiście Łódź i wiele miejsc w niej, ujęcie w kawałku swojej rapowej kariery, kilka słów o rodzinie. Za to podejście rapera do tych tematów jest już bardziej dojrzałe. Pokazuje on, że ludzie na co dzień nie potrafią zrozumieć, że raper może być dla kogoś zawodem. Bycie buntownikiem odchodzi nieco na bok, bo priorytety z wiekiem się zmieniają.

Co również mnie cieszy, Ostry bardzo dobrze przekazuje emocje w utworach. W kilku miejscach miałem ciary na plecach, nawet słuchając albumu po raz kolejny. Takie rzeczy  odczuwa się rzadko, jest to więc niejako wyznacznik dobrej muzyki. Może całość nie jest zbiorem skomplikowanych przemyśleń, ale po zakończeniu odsłuchu wiele rzeczy zostaje w głowie. Trzeba też wyróżnić poprawę  umiejętności raperskich, a także zmianę barwy głosu na bardziej przyswajalną. Na poprzednich płytach bowiem głos Ostrego mógł irytować. Brawa należą się mu za zaangażowanie wokalistki o nazwisku Sacha Vee. Pięknie brzmi ona w refrenach.

Klimat płyty jest różnicowany przez wiele numerów. Zestawmy dwa charakterystyczne utwory, czyli „Nowy dzień” i „Rise of the sun”. Oba różnią się diametralnie zarówno tekstowo, jak i brzmieniowo. W tym pierwszym mam ciary na plecach, słysząc wersy nawiązujące do dawnego żydowskiego getta na Bałutach oraz dzieci z obozu przy ulicy Przemysłowej. Natomiast w „Rise of the sun” Ostry chce te same Bałuty przenieść na Majorkę i Wyspy Zielonego Przylątka. Sam kawałek jest prawdziwą esencją chilloutu. Dalej znów emocje są pokazane w świetnej „Grawitacji” z początkiem, który mi od razu skojarzył  się z głównym motywem muzycznym z filmu „Chinatown”. Jeszcze gdzieś między znajdujemy „Wampiry budzą się po 12.00” z wyśmienitym, pozytywnie nastrajającym podkładem. Taka sinusoida nie może pozostać obojętna w odbiorze.

"Pęknięte serce" o którym Ostry wspomina w utworze "Nowy dzień" (Źródło zdjęcia: polskaniezwykla.pl)

„Pęknięte serce” o którym Ostry wspomina w utworze „Nowy dzień” (Źródło zdjęcia: polskaniezwykla.pl)

Mimo tych zalet nie można nie wspomnieć o wadach. Pierwszym zarzutem jest to, że pod koniec płyta zaczyna niestety nużyć. W końcu trwa ponad 70 minut. Dla mnie ideałem pod względem długości są produkcje trwające  40-50 minut.  Troszkę może chciałoby się usłyszeć Ostrego na bardziej nowoczesnych bitach. Miałem nadzieję, że coś takiego pojawi się przy „Krainie karłów”, gdzie na początku użyto audiotune’a, ale tak się nie stało. Nie każdy musi być nowofalowy (zapożyczmy to określenie od środowiska  świadomych piwoszy).

Na „Podróży zwanej życiem” bez problemu znajdzie się kilka wielkich momentów. Natomiast całość jest „tylko” przyjemna. Z przyjemnością nie kojarzyłem  poprzednich produkcji Ostrego. Dlatego nowy album jest w pewien sposób wyjątkowy, bardzo dobrze prognozując na przyszłość. Mam nadzieję.

Categories: Opinie

Najpierw w domu, później w browarze? » « Cukier w produkcji piwa

1 Comment

  1. Dobrze napisane, szkoda, że tak krótko, bo można by
    temat rozwinąć nieco

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

Copyright © 2017 Piwny Rap

Theme by Anders NorenUp ↑

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress