Czarnoskóry Otello na łódzkiej ziemi. Recenzja czarno na białym ciemnego „Namiętnego Otella”.

Piwoteka to dobrze znana marka w całym kraju. Oprócz pubu i sklepu obejmuje również browar kontraktowy. Jego piwowarem jest Marcin Chmielarz, podchodzący z zamiłowaniem do piw ciemnych. Namiętny Otello również należy do tej grupy.

Browar kontraktowy Piwoteka słynnie z niestandardowego podejścia do swoich piw. Ma w swoim portfolio podobno najbardziej goryczkowe polskie piwo, jak i również takie, które zrobiono dla żartu, czyli Ducha Kraftu. Przy produkcji tego drugiego zastosowano środki, które zwyczajowo wykorzystują koncerny piwowarskie. Opus magnum browaru to O rzesz ku…, czyli – jak nazwa wskazuje – piwo w dużej mierze zrobione na bazie orzechów. Jak widać, nudy nie ma.

Muszę przyznać, że takie podejście bardzo mi odpowiada. Do tego browar często swoimi piwami nawiązuje do historii Łodzi. O ile takie postaci jak Ślepy Maks i powiązana z nim knajpa Kokolobolo są silnie zakorzenione w świadomości łodzian, to już taki Namiętny Otello nie jest taki oczywisty. Sam musiałem nieco poszperać, żeby dowiedzieć się, kim dokładnie był ten bohater. Świetna rzecz, gdy piwo zmusza do edukacji.

Piwny bohater

Ira Aldridge (Źródło: wikipedia.pl)

Ira Aldridge (Źródło: wikipedia.pl)

Okazuje się, że Namiętny Otello, czyli Ira Aldridge, był światowej sławy aktorem, żyjącym w XIX wieku. Nie mieszkał w Łodzi, a jedynie grał na scenach łódzkich teatrów siedmiokrotnie. Co warto podkreślić, był pierwszym czarnoskórym tragikiem szekspirowskim. Zmarł prawdopodobnie na zapalenie płuc w roku 1867, właśnie podczas pobytu w Łodzi. Rok 1867 przyjmuje się jako moment startu jedynego działającego do dziś łódzkiego browaru przy ulicy Północnej. Jak widać, to takie dodatkowe, być może nieświadome, nawiązanie jednocześnie do piwa i historii Łodzi.

Nazwa dla piwa jest jak najbardziej odpowiednia. Po pierwsze z racji barwy piwa. Po drugie z jego charakteru. Nie ma ono być agresywnie goryczkowe, ale takie aksamitne, namiętne. Również etykieta prezentuje się znakomicie. Świetny projekt, wykonany bardzo elegancko. Czuć to w dotyku, widać w kolorystyce. Do tego wszystkie wymagane informacje są tutaj podane, również nazwisko piwowara i miejsce warzenia. Tym razem piwo powstało w łódzkim, młodym browarze Księży Młyn. Cała otoczka marketingowa ma bardzo wysoki poziom. To się oczywiście bardzo ceni. Świat piwa to nie tylko piwo, ale i wszystkie poboczne akcje. Przejdźmy jednak już do samego Namiętnego Otella.

Przyznajcie, że etykieta prezentuje się znakomicie.

Przyznajcie, że etykieta prezentuje się znakomicie.

Czarno na białym

Skład piwa obiecuje wiele, na pewno wielowymiarowość. Mamy tutaj oprócz słodów takie dodatki jak: laktoza, kakao, melasa oraz mięta czekoladowa. Zobaczmy jak będzie w rzeczywistości.

Akurat pierwsze wrażenie jest negatywne. Chodzi o pianę, która nie dość że mała, to istnieje tylko przez moment. Powód tego wydaje się oczywisty – kakao, a właściwe tłuszcz w nim zawarty, działa na pianę destruktywnie. Tego można było się spodziewać, ale wolałbym być mile zaskoczony.

Ciężko tutaj mówić o pianie...

Ciężko tutaj mówić o pianie…

Kakao czuć najmocniej przy pierwszym kontakcie z Otellem. Jest ono naprawdę intensywne i pierwotnie ciężko doszukać się czegoś więcej. Jednak piwo otwiera się z czasem i robi się bardzo bogate. Samo kakao w połączeniu z laktozą staje się bardziej mleczną czekoladą, a i do głosu dochodzi mięta czekoladowa. Jest bardzo, bardzo przyjemnie.

W smaku od razu czuć, że mamy do czynienia z piwem deserowym. Dodatki grają w nim pierwsze skrzypce. Jest czekoladowo i raczej słodko. Być może uczucie słodkości jest skrajnie subiektywne w moim przypadku, gdyż na co dzień w ogóle cukru nie używam. Brakuje mi właśnie mocniejszej goryczki, ale też rozumiem, że piwo miało być właśnie takie. Czyli miało być odskocznią od mocno goryczkowych piw. Niskie nagazowanie sprawia, że Namiętnego Otella pije się przyjemnie, bez zapychania się nim.

Namiętny Otello na pewno jest piwem udanym. Wyraźnym mankamentem jest brak piany. Szkoda, że Piwoteka rzadko powtarza swoje piwa, bo w tym przypadku widać duży potencjał. Poprawki mogłyby skutkować czymś wybitnym. Zamieszawszy piwem pod koniec picia miałem wrażenie odczuwać lekkie nuty maślane, ale nie dam sobie ręki uciąć, że to diacetyl. Może to pochodne laktozy. Z ciekawością zapoznałbym się z opinią kogoś bardziej doświadczonego sensorycznie. Niemniej jednak ten delikatny aromat nie przeszkadza w ogóle w piciu. Śmiało mogę to piwo polecić każdemu, ale bez nastawiania się na niezapomniane przeżycia.

Pozdrowienia dla browaru Księży Młyn, Piwoteki i Marcina Chmielarza!

Pozdrowienia dla browaru Księży Młyn, Piwoteki i Marcina Chmielarza!

W planach mam również degustację drugiego z ostatnio wypuszczonych piw przez Piwotekę – czyli Niezłe Ziółko. Jednak z powodu tego, że pogoda za oknem jest piękna, wolałbym ją przeprowadzić w plenerze, w jakiejś ciekawej miejscówce. Mam już pewne plany.