Wielu rzeczom można przypisać takie same cechy poprzez analogie. Samolot ma skrzydła tak jak ptak i lata tak jak on. Takie przykłady można oczywiście mnożyć. Ale czy podobnie da się połączyć rap z piwem. Oczywiście, wiadomo – piwo to alkohol, alkohol to melanż, a melanż to koncert lub festiwal powiązany z rapem. Aczkolwiek raperzy o wiele bardziej chwalą się Jackiem Danielsem lub Jim Beamem, tylko taki Knap nawija o Perle. Na szczęście nie jest to jedyna rzecz, która wiąże naszą muzykę ze słodowym napojem. Po głębszej analizie znajdzie się tego o wiele więcej.

Amerykański chmiel robi furorę również w Polsce (źródło obrazka:  blog.eckraus.com)

Amerykański chmiel robi furorę również w Polsce (źródło obrazka: blog.eckraus.com)

1. Kopiowanie Ameryki

W obu przypadkach to Stany Zjednoczone odgrywają rolę światowego pioniera, dyktując światu co jest teraz na topie. Polski raper słucha tylko Amerykanców, przecież w Polsce nie ma nikogo lepszego od niego. Polski raper chwali się, że był pierwszy w kraju, robiąc daną rzecz – co oznacza tyle, że jako pierwszy skopiował trend z USA. W rodzimym browarnictwie jest to samo, Ameryka rządzi. Nie mam tu na myśli koncernów z Wielkiej Trójki, ale właśnie małe niezależne, rzemieślnicze twory, które ostatnio pojawiają się jak grzyby po deszczu. Co zatem polskie minibrowary biorą ze Stanów? Oczywiście chmiele, które zdążyły już podbić cały świat. Praktycznie każdy nowo otwarty browar kontraktowy w Polsce jako pierwsze piwo warzy American IPA lub APA. Formą rywalizacji jest zdobycie nowego gatunku amerykańskiego chmielu i zrobienie piwa z jego wykorzystaniem. Oprócz tego trzeba wspomnieć, że to właśnie Stany Zjednoczone są kolebką piwowarstwa domowego, a sami domowi browarnicy często zakładają browary komercyjne i robią z hobby pracę. Także w naszym kraju coraz więcej osób podąża tą drogą.

2. Podział na nielegal/legal

Doskonale wiem, że coraz częściej unika się takiego podziału w rapie, ale każdy raper musi na początku sam do czegoś dojść, aby ktoś się nim zainteresował. W piwowarstwie wygląda to tak, że albo otwieramy własny browar od podstaw w sensie fizycznym, czyli budujemy go albo wynajmujemy moce produkcyjne jakiegoś już istniejącego browaru. Dla wielu z nich liczy się tylko kasa i nawet osoba nie mająca pojęcia o warzeniu piwa może zaistnieć na scenie. Jednak często umowa między podmiotami opiera się na obustronnych korzyściach. Jedni mają gdzie uwarzyć piwo wg swoich receptur, drudzy zyskują w oczach świadomych piwoszy, a także uczą się otwartości na nowofalowe style piwne. Żeby móc w ten sposób działać, osoby z browaru kontraktowego powinny mieć dobrą renomę, co oznacza np. zaangażowanie w tworzeniu kultury piwnej, wygrane w konkursach piw domowych. W tym przypadku to właśnie piwowarstwo domowe jest tym, czym dla raperów jest underground.

3. Festiwale

Wielkie festiwale zarówno piwa, jak i te hiphopowe cieszą się olbrzymią popularnością. Można na nich spotkać ludzi zafascynowanych daną kulturą, z którymi zawsze można otwarcie porozmawiać o ich pasji.

Tłum ludzi na Festiwalu Birofilia 2012 w Żywcu (źródło: materiały prasowe)

Tłum ludzi na Festiwalu Birofilia 2012 w Żywcu (źródło: materiały prasowe)

4. Walka z mainstreamem/ poczucie elitarności

Jeśli chodzi o rap – mam na myśli mainstream muzyczny. Raperzy uderzają w gwiazdki pop, przekonując, że nie wnosi ona żadnych wartości. Za to oni sami… hmm… są ostoją artyzmu i tworzą sztukę. Natomiast browary rzemieślnicze walczą z złowrogimi koncernami, które produkują napoje piwopodobne, przy produkcji których tnie się koszty surowcowe w wszelki możliwy sposób… Oczywiście nie jest tak do końca. Rap jest zazwyczaj kolejną odnogą popkultury, czasem tylko pojawi się ktoś, kogo można nazwać prawdziwym artystą. Koncerny potrafią uwarzyć dobre piwo, które nie wali masłem i warzywami na kilometr, co zdarza się u rzemieślników. W tym wszystkim chodzi jedynie o zrobienie sobie reklamy kosztem większego gracza, wiadomo bowiem, że ludzie korzystniej spojrzą na tych prawdziwych dla gry artystów/rzemieślników niż na wielkie bezosobowe korporacje.

5. Snobistyczne podejście pasjonatów

Może lekko przesadzam z tym snobizmem, ale coś jest na rzeczy. Obie grupy zainteresowanych mają swoje „dewiacje”. Piwosz musi wypić pszeniczne piwo w wysokiej smukłej szklance, no nie ma bata. Świadomy słuchacz rapu kupi  pierwsze wydanie „Świateł miasta” Grammatika za 500 stów tylko po to, żeby później leżało sobie na półce. Chociaż tak pewnie jest też z innymi pasjami.

Jakie inne rzeczy można jeszcze uznać za wspólne dla rapu i piwa? Zamieszczajcie propozycje w komentarzach.