Źródło: bostonglobe.com

Źródło: bostonglobe.com

Mam dziwne odczucie, że w pewnych kręgach powstanie kolejnego browaru kontraktowego wywołuje pewien niesmak, niechęć. Jeśli ktoś rzeczywiście inwestuje w sprzęt, otwierając fizyczny browar – jest jeszcze okej. Choć i to może się zmienić. Tymczasem jeszcze 3-4 lata sytuacja była zgoła inna.

Wtedy dostępność piw rzemieślniczych była mocno ograniczona, a piwna rewolucja opierała się przede wszystkim na kontraktowcach. Mało kto był w stanie ot tak wywalić mnóstwo pieniędzy w sprzęt oraz mnóstwo czasu w załatwianie spraw formalnych. Na palcach jednej ręki drwala można było policzyć osoby, którym wyjątkowo nie odpowiadała sytuacja wzrostu liczby inicjatyw kontraktowych. Na dobrą sprawę tych wciąż było za mało, żeby każdy mógł napić się piwa nieco bardziej wymagającego. Jednak dynamicznie rozwijający się rynek mocno zmienił ten stan rzeczy.

Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jednym z takich punktów przełomowych w postrzeganiu browarów kontraktowych był start Doctora Brew. Od początku się wyróżniali – morskie opowieści z etykiety pierwszego piwa krążyły po sieci długo przed jego premierą. Potem nie pozwolili o sobie zapomnieć, idąc w bardziej agresywny marketing i długofalową współpracę z Kopyrem. Sytuacja dla „doktorów” była o tyle sprzyjająca, że najpopularniejszy polski bloger piwny idealnie pasuje do grupy docelowych ich piw. Jeśli ktoś nie wie, czym charakteryzuje się niemal każdy z produktów tych kontraktowców, niech zapamięta dwa słowa – amerykański chmiel. Ktoś zaraz powie, że przecież eksperymentują też z nowozelandzkimi czy australijskimi odmianami. Uznajmy jednak, że w kontekście tego akapitu jest to niemal to samo. Nie ma co ukrywać – właśnie takim podejściem doktorzy osiągnęli sukces, zyskali duże grono fanów. Jednak można powiedzieć, że również antyfanów. Ich działania spolaryzowały miłośników piwa rzemieślniczego.

Po części można zrozumieć krytykantów browarów kontraktowych. Założenie takiego tworu może być pójściem na łatwiznę. Nie trzeba dużych pieniędzy w porównaniu do browarów fizycznych, sprawy formalne to właściwie pikuś w tym ujęciu. Szybko się coś takiego otwiera, łatwo się zwinąć czy – jak to się mówi ładnie – „wygasić” działalność. Działalność kontraktowców i własnych browarów można przyrównać odpowiednio do firm usługowych i firm produkcyjnych. Te pierwsze mogą wynająć powierzchnie biurową i zniknąć w ciągu kilku dni. Natomiast firmy produkcyjne potrzebują więcej czasu na sprowadzenie maszyn, ich konfigurację. Likwidacja tego typu przedsiębiorstw trwa częstokroć latami.

Jedno natomiast łączy firmy usługowe i produkcyjne. Żeby mogły sprawnie funkcjonować potrzebują wykwalifikowanych specjalistów. Kwalifikacje w piwowarstwie zdobywa się choćby przy warzeniu w domu. Browar kontraktowy to szansa rozwoju dla takich osób, kiedy nie mogą sobie pozwolić na więcej. Po jakimś czasie mogą one pomyśleć o własnym browarze. Tak dzieje się ostatnio w przypadku Peruna. Po czasie warzenia kontraktowego postanowiono przejść na swoje.

Bardzo ciekawa sytuacja panuje w Gościszewie. To tam kilka lat wcześniej zaczął warzyć kontraktowo AleBrowar. Współpraca między właścicielami tej warzelni oraz wynajmującymi moce produkcyjne tak się zacieśniła, że dziś Michał Saks – pierwotnie piwowar AleBrowaru – „szefuje” w obu tych przedsiębiorstwach. Przynajmniej pod względem produkcji piwa. Dzięki temu browar Gościszewo zalicza mocny rozwój, a niektóre jego piwa odnoszą wielkie sukcesy. To tylko jeden z przypadków pozytywnego wpływu kontraktowca na wynajmowany browar.

Podobnie rzecz się ma w przypadku Pinty i Browaru na Jurze. Złośliwy mogą powiedzieć, że ten drugi kopiuje pomysły pierwszego prawie w skali jeden do jednego. Jak się wzorować, to na najlepszych. Nawet inne browary, które były uważane wręcz za szkodliwe (vide Koreb), pod wpływem kontraktowców zaczynają czuć piwną rewolucję. Wypada to bardzo różnie, nawet tragicznie, ale to też może się zmienić, skoro ktoś im pokazał, że skupienie się na jakości po prostu się opłaca.

Wspomniałem wcześniej o kazusie AleBrowaru i Pinty – czyli wyjadaczy, jeśli chodzi o inicjatywy kontraktowe w Polsce. Jednak także względnie nowi kontraktowcy potrafią uwarzyć świetne piwa i – co ważniejsze – utrzymywać jakość. Takim przykładem jest dla mnie browar Solipiwko, który jest gwarantem jakości. Wśród wielkiej ilości browarów kontraktowych możemy wyróżnić też te, które niemal zawsze stawiają na niestandardowe rozwiązania. Pierwsza myśl01 jaka przychodzi to łódzka Piwoteka. Zdarzają się mniej udane eksperymenty, ale swoją działalnością udało się jej ekipie wprowadzić piwa rozwijające polski rynek piwa rzemieślniczego.

Jednak wśród browarów kontraktowych zdarzają się partacze, ale na szczęście rynek względnie szybko ich weryfikuje i wiele z tych podmiotów gospodarczych „wygasiło” swoją działalność. Prawda jest taka, że możemy przekrzykiwać się przykładami fenomenalnych piw stworzonych przez inicjatywy kontraktowe, ale wiele innych pozostawia dużo do życzenia. Jak już wspominałem na początku rynek piw rzemieślniczych w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie. Nie ma co się dziwić, że konsument także robi się coraz bardziej wymagający. Jako świadomi miłośnicy piwa powinniśmy być  krytyczni wobec tego trunku, ale nie możemy z góry negatywnie podchodzić do browarów kontraktowych. Dajmy szansę się im wykazać i oceniajmy ich produkty obiektywnie.