Źródło: stoprocent.com

Źródło: stoprocent.com

Bonson to artystycznie bardzo płodny raper, który jednocześnie potrafi utrzymać wysoki poziom albumów. Może nie każdy z nich jest wybitny, ale wiele z nich to swoiste perełki w polskim rapie. Potencjalnym minusem szczecińskiego artysty jest monotematyczność. Utwory Bonsona dotyczą podobnych kwestii. Normalnie stwierdziłbym, że jest to wielka wada. Jednak wbrew pozorom stanowi to największą zachętę do sprawdzania kolejnych płyt.

Chodzi przede wszystkim o niezwykle emocjonalny przekaz, który towarzyszy słuchaczowi już od samego początku albumu. Przeżycia opisywane przez Bonsona docierają do każdego dojrzałego człowieka. Co ważne, dotyczą one bardzo przyziemnych spraw, nie ma tutaj niepotrzebnych – i najczęściej zupełnie niezrozumiałych – odlotów. Odpowiednie akcentowanie końcówek wersów, modulacja głosu i częsta agresja w nim to coś, co dodaje dodatkowego animuszu i świadczy o klasie rapera.

Na „Postanawia umrzeć” aż kipi od emocji i nie jest to zwykłe wypłakiwanie się, ale przede wszystkim doskonale napisane i nawinięte wersy. Wersy, które niejednokrotnie powodują ciary, a to idealna rekomendacja. Jeśli myślicie, że pierwsze single to najlepsze utwory na płycie, jesteście w olbrzymim błędzie. Prawdziwe mięso dostaliśmy dopiero po premierze. Chociaż całość stoi na bardzo wysokim poziomie. Jest to muzyka, której słucha się bez przeskakiwania między numerami. Zdecydowanie jest to kompletny album, a nie zbiór luźno powiązanych ze sobą kawałków.

Wpływ ma na to również fakt, że wszystkie bity na płycie pochodzą od jednego producenta. Takie podejście to zdecydowanie dobry patent i chyba Bonson doskonale o tym wie, patrząc na jego dyskografię – czyli na produkcje z Matkiem i Soulpete’em. Tym razem „wybrańcem” został KPSN. Nie ma może tutaj żadnych fajerwerków w podkładach, ale osiągnięto coś dużo ważniejszego – spójność i klimat.

Może nie jest to płyta bez wad. Może można było jednak odrzucić zwrotkę Łuszego w „Moi idole nie żyją”, bo znacząco odbiega ona od poziomu gospodarza. W ogóle jestem zdania, że tak osobiste dzieła artystyczne nie powinny mieć rapowych gości, bo to tylko psuje odbiór całości. Po wielokrotnym przesłuchaniu „Postanawia umrzeć” wciąż uważam, że wersja live kawałka „Martwy król” jest dużo lepsza od wersji studyjnej. Niemniej jednak są to bardzo niewielkie rysy na szkle tej wielkiej produkcji.

Siłą albumu są nietuzinkowe wersy, nawinięte z klasą właściwą pozycji jednego z najlepszych raperów w Polsce. Nie zapominajmy o emocjach. Ich natężenie jest ogromne – to co dzieje się w „Pozorach” ciężko opisać zdaniem w recenzji. Tego trzeba posłuchać. To esencja tego, co w rapie najważniejsze. Nie mam wątpliwości, czy ten album będzie wpisywać się w kanon polskiego hip hopu. Będzie.