Na to piwo czekałem od dawna. Rok temu, gdy wychodziła pierwsza edycja po prostu nie zdążyłem z zakupem. Wyjście drugiej warki na rynek przespałem. Gdy dowiedziałem się, że przed świętami ma się ukazać kolejny wypust zakasałem rękawy. I w końcu dorwałem to piwo. Czy rzeczywiście warto było tak się napalać na tego – bądź co bądź – dziwoląga?

Imperator Bałtycki może uchodzić za coś dziwnego. Po pierwsze postanowiono mocno nachmielić tradycyjny, rodzimy porter. Po drugie, w myśl piwnej rewolucji, do tego celu użyto amerykańskich gatunków chmielu. Widełki stylu ominięto w dodatku jeśli chodzi o ekstrakt początkowy. Normalnie w porterze bałtyckim wynosi on 18-22°Plato. Pinta zdecydowała się na 24,7°. Taki wynik ograniczony był możliwościami aerometru i wyżej już się nie dało. Niedogodnością był też na pewno fakt, że w browarze ciężko z filtracją zacieru w przypadku gęstej brzeczki. W Imperatorze użyto nieco ekstraktu słodowego żeby… podnieść ekstrakt początkowy.

Przyznam szczerze, że do podejścia „dowalmy do wszystkiego amerykańskiego chmielu i będzie super” podchodzę sceptycznie. Nie podoba mi się to. Wiadomo, że nowofalowe odmiany tej piwnej przyprawy robią robotę, a także potrafią przykryć jakieś wady. Ale czy o to chodzi w piwowarstwie? Porter bałtycki to styl nastawiony na słodowość. Chmiel powinien być jedyne tłem i to tylko jeśli chodzi o odczucia smakowe, o goryczkową kontrę dla dużej słodyczy. Trzeba też podkreślić fakt, że ten styl sam w sobie jest bardzo bogaty dla degustującego. Pomysł Pinty jest tyle banalny, co intrygujący.

Dlaczego intrygujący? Otóż ciężko przechmielić piwa o takim ekstrakcie. Sam mam jedno doświadczenie właśnie z „normalnym” porterem bałtyckim, gdzie użyłem bardzo dużo chmielu. Piwo pite po roku ma jedynie zauważalną, lekko kontrującą goryczkę. Pite świeże, w momencie rozlewu do butelek także było o wiele bardziej słodowe niż chmielowe. Zastosowałem polską odmianę – Marynkę. Przed kupnem Imperatora zastanawiałem się, czy „amerykańce” dadzą radę w walce z wysokim ekstraktem. Kolejną intrygującą rzeczą było dobranie odpowiednich gatunków, które będą współgrać z typowymi porterowymi aromatami, jak suszone owoce.

Przejdźmy już do meritum – czy Imperator Bałtycki od Pinty to rzeczywiście wybitne piwo?

IMG_0382

Po otwarciu z butelki czuć tylko chmiel. Nic więcej. Aromaty cytrusowe, ale przede wszystkim żywiczne. W ślepym teście, bez przyglądania się barwie, powiedziałbym, że mam do czynienia z AIPA. Nawet nie że z Black IPA, ale właśnie ze zwykłym American India Pale Ale. Dopiero po przelaniu do szkła czuć aromaty pochodzące od słodu, które jednak w żaden sposób nie kojarzą się z porterem bałtyckim.

Piana wygląda pięknie. Ubita, wielka, opada wolno. Zostaje nawet po wypiciu piwa.

Pierwszy łyk to od razu uderzenie porządną goryczką. W zasadzie nie czuć ciała piwa. Nic tylko posmaki chmielowe i goryczka, lekko zalegająca w dodatku. Na szczęście każdy kolejny łyk jest lepszy. Ale i tak to chmiel gra dominującą rolę. Nie tego się spodziewałem po piwie nawiązującym do porteru bałtyckiego.

IMG_0399

Dopiero drugi raz w moim życiu mogę powiedzieć, że piwo jest dla mnie za gorzkie. Naprawdę, pijąc jakieś Imperial IPA zazwyczaj twierdziłem, że mogłoby być bardziej goryczkowe. Tutaj zdecydowanie zmniejszyłbym drastycznie ten poziom gorzkości. Z jednej strony dlatego, że chciałbym poczuć więcej porteru bałtyckiego. Z drugiej – bo to jest nawet dla mnie za gorzkie.

Pinta pokazała, że nawet wysoko ekstraktowe piwo można przechmielić. To jest wyczyn sam w sobie. Próbując ich najnowszego wypustu, czyli Quatro, które wyszło na rynek równolegle z trzecią edycją Imperatora, brakowało mi zdecydowania, czy piwo ma być bardziej słodkie, czy też goryczkowe. Na pewno porter imperialny zyskałby podczas leżakowania. Utlenienie i okrzepienie aromatów chmielowych i goryczki dałoby piwo bardziej zbalansowane. Jeśli ktoś zatem chce poczuć trochę porteru bałtyckiego w Imperatorze, powinien go leżakować.